Jerzy Zoller

Biografia
Jerzy Zoller

Urodził się 21 maja 1924 roku w Warszawie – miał brata bliźniaka o imieniu Zbigniew. Matka Irena była nauczycielką szkolną, natomiast ojciec Janusz był artystą-grafikiem – brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku, a następnie w Kampanii wrześniowej, a w roku 1943 został zastrzelony przez Niemców.
Jerzy uczęszczał najpierw do szkoły powszechnej w Warszawie, a w 1934 rodzice posłali go do internatu Księży Salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim i tam kontynuował naukę. Pobyt w internacie i tamtejszej szkole wspomina jako okres wytężonej aktywności sportowej oraz naukę śpiewu w chórze. W 1937 roku rodzina przeprowadziła się z ul. Raszyńskiej na kaliską w Warszawie, a Jerzy poszedł do gimnazjum im. Stanisława Staszica przy Pl. Nowakowskiego. Tam przynależał do 16 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Miał 15 lat gdy wybuchła wojna. Uczestniczył w tajnym nauczaniu, a wiele zajęć odbywało się w mieszkaniu Zollerów. W 1942 roku zdał tajna maturę. Od 1940 roku działał w Związku Walki Zbrojnej. 3 maja 1943 roku został aresztowany wraz z trzema kolegami zaangażowanymi w działalność konspiracyjną, tuż przed spotkaniem szkoleniowym grupy. Uwięziony został na blisko 4 miesiące przy Alei Szucha i na Pawiaku. Szczęśliwie uniknął brutalnych przesłuchań – pracował tam natomiast jako stolarz meblowy. Pod koniec sierpnia został wywieziony do KL Auschwitz-Birkenau, gdzie został oznaczony numerem 139544. Przydzielony do prac polowych podupadł na zdrowiu i trafił do szpitala obozowego, gdzie zapadł na tyfus. Później pracował jako pielęgniarz. 24 lipca 1944 roku został przewieziony do KL Mauthausen-Gusen i tam przydzielony do obozu Gusen II, tzw. Vernichtungs Lager („Obozu wyniszczenia”) z numerem 81152. Dwukrotnie podczas selekcji skazany był na komorę gazową, jednak ostatecznie uniknął śmierci. Następnie przeniesiony został do Linzu, gdzie doczekał wyzwolenia przez Amerykanów. Po zakończeniu wojny wrócił do Warszawy – studiował tam na politechnice. Karierę zawodową realizował w biurze projektowym, gdzie pracował przez ponad trzydzieści lat, aż do emerytury. Zapisał się do ZBOWiD, ale szybko zrezygnował z działalności w tej organizacji.

Relacja

– Nazywam się Jerzy Zollem. Jestem z krwi i kości warszawiakiem. Urodziłem się 21 maja 1924 roku. Jako jeden z bliźniaków.
– Proszę powiedzieć o rodzicach
– Mama moja była nauczycielką i pracowała w szkole, natomiast ojciec mój był artystą – grafikiem. Pracował w domu i wykonywał dużo prac związanych właśnie z grafiką.

– Jak się nazywali rodzice?
– Mama moja miała na imię Irena, a ojciec Janusz. Mój brat bliźniak miał na imię Zbigniew. Przed wojną mieszkaliśmy na ulicy Raszyńskiej w Warszawie w dzielnicy Ochota. Tam mieszkaliśmy do trzydziestego szóstego roku – na ulicy Raszyńskiej 15, a po trzydziestym szóstym roku przenieśliśmy się do innego mieszkania. Też na Ochocie na ulicy Kaliskiej 17. Do szkoły podstawowej chodziliśmy do trzydziestego czwartego roku w Warszawie, a od trzydziestego czwartego roku rodzice nas obu wysłali do internatu Księży Salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim. Tam przez trzy lata nauczyłem się samodzielności i mam święte przekonanie, że tego co nauczyło mnie to gimnazjum pozwoliło mi potem przeżyć obóz. Z całym uznaniem mówię zawsze o pobycie u księży. Tam się nauczyłem wszystkich rodzajów sportu. To gimnazjum w Aleksandrowie Kujawskim miało postawiony na bardzo wysokim poziomie sport. To było gimnazjum. Ja chodziłem tam do podstawówki. Chodziliśmy z budynku w którym mieszkaliśmy i spaliśmy do szkoły podstawowej, którą prowadziły siostry służebniczki, a samo gimnazjum miało bardzo, bardzo wysoki poziom pod każdym względem. Była sala teatralna. Tam śpiewaliśmy w chórze z bratem. Byłem pełen uznania dla pracy księży, którzy z pełnym poświęceniem pracowali z młodzieżą.
Te wszystkie wartości, które wyniosłem stamtąd jak również z domu patriotycznego, bo ojciec mój w 1920 walczył przeciwko Bolszewikom. Urodzony 1900 roku walczył w wojnie bolszewickiej, a potem w 1939 roku jak wybuchła II wojna światowa ojciec został powołany do wojska. Walczył w Polsce. Z Warszawy został przeniesiony na wschód. Został gdzieś pod Garwolinem ranny w nogę i przywieziony z powrotem do Warszawy, gdzie w szpitalu Ujazdowskim przeżył ostatnie dni bombardowania Warszawy, które się zakończyło 28 lub 29 września kiedy Warszawa skapitulowała. Po trzydziestym szóstym roku jak wróciliśmy z Aleksandrowa Kujawskiego do Warszawy i przenieśliśmy się na ulicę Kaliską 17 chodziliśmy do gimnazjum imienia Stanisława Staszica przy politechnice, przy placu Nowakowskiego bodajże 7. Tu przynależeliśmy z bratem do drużyny harcerskiej 16 WDH, dosyć znanej drużyny harcerskiej, której wielu harcerzy brało udział w Powstaniu Warszawskim. Ja niestety nie mogłem brać udziału w powstaniu Warszawskim, bo 3 maja 1943 roku zostałem aresztowany przez gestapo.

– Mógłby Pan opowiedzieć coś o harcerstwie, jak ono wyglądało.
– Ja nie pamiętam zbyt szczegółowo. Chodziliśmy na uroczystości, jeździliśmy na obozy przez trzy lata nim wybuchła wojna. Był jakiś zlot w Spale. Nie pamiętam czy to było 36 czy 38 rok. Był to duży zlot harcerski w Spale.
Składaliśmy przysięgę, mieliśmy krzyże harcerskie przypięte do naszych mundurów.

– Co pan robił 1 września? Chodził pan jeszcze do szkoły?
– Tak chodziłem, ale nie pamiętam czy 1 września szkoła jeszcze była czy to był pierwszy dzień, kiedy szkoły nie było. Zaczęło się rano od silnego bombardowania Warszawy. To dla nas wszystkich było wielkim zaskoczeniem, bo o 4 czy o 5 rano Niemcy przekroczyli granicę niemiecko-polską na zachodzie i w ciągu tych kilku godzin od wybuchu wojny już Warszawa była bombardowana. Byliśmy przygotowani. Wszystkie szyby były na krzyż poklejone papierem, żeby chronić szyby przed rozpryskiem. Wiedzieliśmy, gdzie jest nasz schron w domu i w razie bombardowanie schodziło się do schronu. Pierwsze dni to był dla nas ogromny szok – bombardowania, syreny zwiastujące naloty w najbliższym czasie. To było wielkim przeżyciem, wielkim stresem. Miałem wtedy piętnaście lat. Bardzo to przeżywałem, tym bardziej, że ojca już z nami nie było, bo był powołany do wojska. Około 8 września pułkownik Uniechowski, ale nie jestem pewny czy nie przekręcam. W radiu był jego apel, aby ci, którzy mieszkają na Ochocie, bo to była zachodnia część Warszawy, a od strony zachodniej zbliżały się wojska niemieckie do Warszawy, żeby opuścić mieszkania i udać się w kierunku centrum albo w ogóle opuścić Warszawę i ruszać w kierunku wschodnim. Myśmy wtedy w nocy, bo wtedy nadano apel, zabrali najpotrzebniejsze rzeczy do walizek i z pościelą pod pachą ruszyliśmy w kierunku centrum Warszawy. Nasz starszy kuzyn miał domek na ulicy Sędziowskiej. Tam się przenieśliśmy, bo dom był pusty, bo oni wyjechali z Warszawy i powiedzieli żebyśmy się do nich przenieśli. Zamieszkaliśmy tam. Tam był niewielki ogródek, a w środku tego ogródka był wybudowany schron. Bardzo prowizoryczny. Z półtora metra trzeba było zejść pod ziemię. Wejście było okopane nasypem i przykrywało się je klapą. Kiedy padały bomby myśmy byli w tej ziemi względnie bezpieczni. Bodajże na trzeci dzień, tam gdzie mieszkaliśmy na ulicy Sędziowskiej późnym wieczorem był nalot na Warszawę. Myśmy siedzieli w tym schronie i po odwołaniu alarmu wyszliśmy ze schronu i zobaczyliśmy, że ten dom nasz pali się. Spadły na niego bomby zapalające. Kolejny raz z resztką naszego dobytku i z pościelą pod pacha ruszyliśmy w kierunku centrum Warszawy. Moja mama miała bardzo dobrą przyjaciółkę, która mieszkała ze swoją rodziną na ulicy Kruczej 25 nie mając żadnego wyboru tam się udaliśmy. Tam było już kilka osób. To było duże mieszkanie, bodajże na drugim piętrze i tam spędziliśmy w śród kilkunastu osób, które tam też zamieszkały, aż do końca kapitulacji Warszawy. Tam pierwszy raz zetknąłem się z zabitymi ludźmi. Ponieważ wodociągi były bombardowane powstawały w wielu miejscach studnie artezyjskie trzeba było chodzić z kubłami po wodę. Kiedy się stało w długim ogonie do tej studni obok widziało się ogromne zniszczenia i rozrzucone szczątki ludzkich zwłok To było takie moje pierwsze zetknięcie się z tą tragedią, jaką przynosi wojna. Tam szczęśliwie żeśmy przetrwali, bo jak się potem okazało wszystkie budynki wokoło naszego zostały zbombardowane i zupełnie zniszczone. Zresztą ten nasz budynek wielokrotnie się trząsł, sypał się tynk na głowy. Wielkie było przerażenie, tam żeśmy wiele przeżyli. Tak jak każde bombardowanie było wielkim przeżyciem. Człowiek się tylko modlił cały czas, żeby jakoś wyjść z tego cało i rzeczywiście żeśmy przetrwali. Po kapitulacji wróciliśmy do naszego domu, który na szczęście się nie spalił i nie został zbombardowany na ulicę Kaliską i tam znalazł nas ojciec, który ze szpitala już wyszedł, bo jego noga się wygoiła.
Niemcy nie pamiętam czy w październiku czy w listopadzie otworzyli na krótki czas szkoły, gimnazja, ale potem je w bardzo krótkim czasie zamknęli i można było uczęszczać tylko do zawodówek. Licea ogólnokształcące były nieczynne. Wówczas nasze gimnazjum Staszica zorganizowało tajne komplety. Chyba w 39 roku lub na początku 40 te komplety się rozpoczęły. Ponieważ na ulicy Kaliskiej mieliśmy duże mieszkanie czteropokojowe, więc większość wykładów na tych tajnych kompletach odbywała się w naszym mieszkaniu. Taki komplet składał się z ośmiu uczniów. Na takiej lekcji było ośmiu uczniów i jeden nauczyciel. Pamiętam nauczyciela, świetny fizyk, nazywał się profesor Bąkowski. On nam dawał matematyki, fizyki. Profesor od gimnastyki był jednocześnie polonistą i miał z nami lekcje polskiego, historii uczył nas profesor historii. Wszystkie te wykłady odbywały się u nas w domu. Ponieważ te szkolenia były konspiracyjne w związku z tym byliśmy zobowiązani by szóstka, która do nas przychodziła, bo ja już byłem z bratem, przychodziła w odstępie, co najmniej pięciu minut, żeby nie rzucała się w oczy kilkuosobowa grupa wchodząca do mieszkania. Tak samo się wychodziło. Ponieważ te nasze spotkanie były tajne i żadne gimnazjum nie mogło nam wydać legitymacji szkolnych, a jak powiedziałem były czynne tylko zawodówki wobec tego myśmy z bratem zostali zapisani do szkoły zawodowej na ulicy Żelaznej i chodziliśmy tam tylko, co jakiś czas, żeby mieć legitymacje, które w czasie łapania chroniły nas przed zaaresztowaniem przez Niemców. Poziom był bardzo wysoki. Profesorowie bardzo się starali nas wiele nauczyć.
W 42 roku, w lecie miała miejsce u nas tajna matura. Nie wiem jak to było załatwiane, ale maturę zdawaliśmy w gmachu III Gimnazjum Miejskiego na ulicy Śniadeckiej w Warszawie. Jak rygorystycznie się przykładano do tego byśmy się wiele nauczyli i żeby nie było jakiejś taryfy ulgowej odbyła się matura próbna dopuszczająca do matury i trzech chłopców zostało nie dopuszczonych na tych ośmiu chłopców, którzy chodzili ze mną na te tajne spotkania. Czyli nie zważano na warunki, w jakich się kształciliśmy, ważna była wiedza i jeśli ona nie została potwierdzona wynikami z egzaminu nie było taryfy ulgowej. Także w piątkę zdawaliśmy maturę. W lipcu 42 roku o ile dobrze pamiętam. Te pięć osób ta maturę zdało. Były też tajne komplety na politechnice, ale niestety byliśmy za młodzi o rok, żeby nas mogli przyjąć. Wielu profesorów z politechniki było nauczycielami tzw. wyższej szkole zawodowej budowlanej, która mieściła się w gmachu Architektury przy ulicy Koszykowej i tam, żeśmy z bratem chodziliśmy i po dwóch latach mogliśmy zdawać egzaminy. Niestety ja tez szkoły nie byłem w stanie ukończyć, bo w 43 roku 3 maja zostałem zaaresztowany. Pierwszego dnia po przerwie wielkanocnej w szkole jeszcze byłem, a już po południu Około godziny piątej zostałem zaaresztowany.

– Czy wcześniej roznosił pan jakieś ulotki?
– W 40 roku staraliśmy się z bratem mając szesnaście lat dostać się do jakieś organizacji tajnej. Nie pamiętam, gdzie w końcu zdobyliśmy kontakt i dostaliśmy się do ZWZ-tu tzn. do organizacji ruchu oporu, która się okazała Związkiem Walk Zbrojnych przekształconych na AK. Przechodziliśmy z bratem szkolenia. Ja chodziłem na inne zebrania, a brat chodził na oddzielne. W czasie tych zebrań przechodziliśmy szkolenie organizacyjne jeszcze bez użycia broni. Wszyscy byliśmy przygotowywani do akcji powstania, która przewidziana była na zakończenie. Kiedy miało nastąpić pierwsze spotkanie w grupie ośmioosobowej 3 maja 43 roku w nowym lokalu na ulicy Pańskiej 51, kiedy szedłem na spotkanie na godzinę 17 ojca naszego nie było w domu, bo jeździł i zdobywał żywność dla nas i nie tylko. Tym się zresztą zajmował. Pracował nadal, jako artysta grafik. Mój brat nie miał w tym dniu zebrania tylko ja poszedłem. Na klatce schodowej tego budynku przy ulicy Kalińskiej 17 na czwartym piętrze mieszkał kolega Władek Długoborski, który był razem ze mną w tej ośmioosobowej grupie. W związku z tym razem żeśmy szli na tą godzinę piątą na zebranie.
19 kwietnia na niecały miesiąc przed naszym…….? Wybuchło powstanie w getcie, powstanie żydowskie, a połowa ulicy Pańskiej była po stronie getta, a połowa, gdzie mieliśmy zebranie po stronie aryjskiej. Idąc ulicą Pańską minęliśmy bramę, w którą mieliśmy wejść, doszliśmy do najbliższej przecznicy rozejrzeliśmy się czy nic się nie dzieje, czy nie ma jakiś samochodów niemieckich. Była kompletna cisza, ale wchodząc do bramy zwróciliśmy uwagę, że wzdłuż ulicy Pańskiej mniej więcej, co 20 metrów stał uzbrojony żołnierz niemiecki. Nie zdziwiło nas to, bo po przeciwnej stronie zaraz za murem było getto i oni prawdopodobnie według naszego rozeznania prawdopodobnie pilnowali, żeby jakieś resztki, czy niedobitki Żydów przez ten mur się nie przedostały. Weszliśmy do tej bramy ulica Pańska 51. Szliśmy na trzecie piętro po drewnianych schodach. Jakieś dziwne wrażenie, przeczucie, bo te schody tak złowieszczo skrzypiały. Wzbudziło to w nas jakieś nieprzyjemne uczucia. Nie przewidywałem, że cos się złego w danej chwili stanie, ale cos było takiego nieprzyjemnego. Z kolegą Władkiem podeszliśmy pod drzwi. Zapukaliśmy zgodnie z umową – trzykrotnie z przerwami i cisza była kompletna. Nikt nie podchodził do drzwi. Kiedy żeśmy drugi raz zapukali otworzyły się raptownie te drzwi i zobaczyliśmy wymierzone w nas rewolwery dwóch gestapowców, którzy z okrzykiem: „Hende ho” chwycili nas i wciągnęli do środka. Zupełnie zdezorientowani, wystraszeni jak to tylko możliwe z podniesionymi rękami doprowadzano nas do drugiego pokoju. Przechodziliśmy przez jeden pokój, w którym na podłodze leżał w kałuży krwi jak się potem okazało właściciel tego mieszkania i jednocześnie ten, który miał z nami prowadzić szkolenie z bronią. To jeszcze bardziej nas zdeprymowało. Postawiono nas twarzą do ściany z rękami podniesionymi do góry, zrewidowano. Tak żeśmy stali i oczekiwali na przyjście pozostałych kolegów. Po kilku minutach usłyszeliśmy stukanie do drzwi. Sytuacja się powtórzyła. Niemcy na palcach podeszli do drzwi, raptownie je otworzyli i po chwili i wprowadzi tez wystraszonego kompletnie naszego kolegę Lutka Szelemberga, który też został doprowadzony i postawiony pod ściana obok nas. Gestapowcy czekali około godziny. Do godziny 18 nikt się więcej nie zjawił. Byliśmy tym bardzo zaskoczeni, bo nie wiedzieliśmy, jaka była przyczyna, że reszta kolegów się nie stawiła na to zebranie. Potem się wyjaśniła ta historia na tyle tylko, że nasze zebranie miało miejsce w poniedziałek 3 maja, a w sobotę kogoś zaaresztowano, który miał adres tego lokalu i był system alarmowy, który polegał na tym, że o jakieś wpadce został zawiadomiony numer jeden i numer jeden zawiadamiał numer dwa i tak kolejno. Jest wpadka, czy kocioł i żeby się nie udawać na zbiórkę. Pięć osób zostało zawiadomionych. Ten piaty, który miał zawiadomić mnie, a ja z kolei tego mojego kolegę Władzia nie zostaliśmy powiadomieni. Sprawa była bardzo tajemnicza. Wiem, że ten piąty był bardzo przesłuchiwany. Nie wiem jak postąpiono z tym piątym kolegą, czy on został jakoś ukarany. W każdym razie piątka została uratowana, a myśmy tylko we trójkę wpadli. Okazało się, że w tym pokoju, w którym leżał nasz instruktor były dwie walizki. Jedna pełna amunicji, druga pełna granatów. Było pięć karabinów Mauzer i był stary karabin maszynowy Maksim 08, na którym mieliśmy się uczyć i na którym to szkolenie miało być przeprowadzane. To wszystko uświadomiło nam naszą absolutnie tragiczną sytuację, że nie mamy żadnych szans, bo za najmniejszą jakąś broń Polacy byli skazywani na karę śmierci, więc spodziewaliśmy się tego natychmiast.
Po godzinie oczekiwania do mieszkania weszło jeszcze kilku oficerów gestapo. Tych dwóch, którzy do nas wyciągnęli rewolwery byli w cywilu w tyrolskich kapelusikach, znali polski język i w końcu nas skuli kajdankami. Kazali nam jeszcze dźwigać pod pachą ten karabin maszynowy i zostaliśmy sprowadzeni na dół, gdzie czekały dwa czarne mercedesy. W nich nas umieszczono. W takich przedwojennych samochodach, dużych były na tylnim siedzeniu były wyciągane z ziemi wyciągane takie niskie foteliki i na tych dwóch fotelikach z wyciągniętymi rewolwerami siedzieli ci dwaj gestapowcy po cywilu z wycelowaną bronią w nas. Samochody ruszyły. W Warszawie była piękna pogoda. Jechaliśmy przez plac politechniki, gdzie chłopcy mniej więcej w naszym wieku grali sobie w piłkę. Jeden z tych gestapowców odezwał się do nas: „Nie lepiej było zająć się piłką, a nie polityką, byście tak mogli sobie teraz grać”. Zawieziono nas na Aleję Szucha do głównej komendy gestapo. Tam nas zrewidowano, wszystko nam zabrano łącznie z zegarkami. I idąc korytarzem do tzw. Jak się potem okazało słynnych tramwajów w Alei Szucha chciałem coś powiedzieć do mojego kolegi i zostałem przywołany do porządku silnym uderzeniem w twarz. To było pierwsze zetknięcie z tym, co prawdopodobnie miało mnie czekać w najbliższym czasie. Każdego z nas zamknięto w oddzielnym tramwaju. Tramwaj to taka cela z trzema ścianami, a czwartą ścianę stanowiła krata, przez, którą nas wprowadzono. Taka cela miała około czterech metrów długości i dwa i pół do trzech metrów długości. Wzdłuż ścian stały fotele odwrócone tyłem do wyjścia, czyli do tej kraty. Siedzenia tych foteli zrobione były z bardzo ostrych listew, które nie pozwalały długo usiedzieć, bo trzeba było przenosić ciężar ciała z jednego pośladka na drugi. Zacząłem myśleć.
O piątej byłem na zebraniu. Po szóstej byli Niemcy. Ponieważ zabrano mi zegarek, więc się dokładnie nie orientowałem, ale już tu siedzę, więc jest godzina siódma, wpół do ósmej to już powinienem z tego zebrania do domu wrócić. Godzina ósma jest godziną policyjną, więc mama zaczyna już chodzić od okna do okna, z którego było widać ulicę Słupecką odchodzącą od placu Narutowicza i która doprowadzała do naszej ulicy Kaliskiej. Myśli o tym, co mama w tej chwili zaczyna przeżywać i myśli, że na pewno za chwile wezmą nas na przesłuchanie (kiedyś sobie planowaliśmy, że gdy cos takiego będzie miało miejsce będziemy mówić, że przyszliśmy na brydża czy cos podobnego. To się wydawało bardzo naiwne). Zacząłem kombinować, co można w ogóle powiedzieć. Te myśli i to, co mama teraz przezywa. Że na pewno jest już po godzinie ósmej, że mama już wie, że się zdarzyło jakieś nieszczęście, ojca nie ma, więc sobie zdawałem sprawę, jaką tragedie mama przeżywa. Te wszystkie myśli, co mnie czeka sprawiały, że noc była koszmarna. Całą tą noc jakoś przetrwałem. Jak się potem okazało przed ósma rano zrobił się na korytarzu straszny ruch. Słychać było liczne głosy, kroki, otwierały się kraty tramwajów i do każdego z tramwajów zostało wsadzonych kilku więźniów już ogolonych. Okazało się, że zostali przywiezieni z Pawiaka więźniowie na przesłuchanie. Przesłuchania właśnie tak się odbywały. Mniej więcej od ósmej do dwunastej w południe. Wyczytywano nazwiska. W każdej chwili spodziewałem się usłyszeć swoje nazwisko, ale potem sobie uświadomiłem, że na przesłuchania wychodzą ci więźniowie, którzy dopiero się w niej znaleźli. Ponieważ było gorący dzień majowy widocznie w salach przesłuchań były pootwierane okna, bo do nas do piwnicy dochodziły okrzyki bólu, okrzyki: powiem już i takie łup, łup, łup. Widać było, że bija tam tych więźniów. Wtedy ogarniało mnie coraz większe przerażenie jak to będzie, czy ja to wytrzymam, co ja mam powiedzieć. W oczekiwaniu na przesłuchanie minęła godzina dwunasta wsadzano nas wszystkich do takiej budy pokrytej brezentem. Zawieziono nas na Pawiak. Tam staliśmy długi czas z rękami do góry w korytarzu. Ręce mi już mdlały. Rozebrano nas i kazano nam iść do łaźni. Kąpiele odbywały się przed przesłuchaniami i po przesłuchaniach. Niemcy bardzo przestrzegali higieny. Może bali się o wszy. Pod prysznicem widziałem tych, którzy byli przesłuchiwani. Plecy mieli fioletowe od bicia, siniaki od walenia i bicia. Ze strachu i z nerwów pomyślałem, że to, co mnie czeka to najgorsze, co może być. Ku wielkiemu naszemu zaskoczeniu zaprowadzono na oddział kwarantanny, który mieścił się w podziemiach Pawiaka. Pamiętam cele 288. Wsadzono do niej naszą trójkę. Tego nie mogłem w ogóle zrozumieć. Najpierw nas w tramwaju izolowano a tutaj nas wsadzono do jednej celi. Cela była duża. Znajdowało się w niej kilkunastu więźniów. Znowu myśli mnie ogarnęły. Musimy się jakoś po cichu dogadać jak mamy zeznawać. Zauważyłem jednego więźnia w wieku trzydziestu paru lat z zabandażowaną głową. Bardzo sympatycznego. Zresztą wszyscy więźniowie starali się nas jakoś pocieszać, że wszystko będzie dobrze, żeby się nie martwić. To było dla nas ważne. Kiedy przyszła noc trzeba było na ziemi rozłożyć sienniki. Położyliśmy się w trójkę koło siebie i zaczęliśmy omawiać sytuację. Doszliśmy do wniosku, że trzeba zrobić wszystko by uniknąć bicia. W związku z tym przyznajemy się, że zapisaliśmy się do ruchu oporu i że jesteśmy w fazie wstępnej. Żadnej przysięgi jeszcze nie składaliśmy. Pocieszeni tym, że tak to wymyśliliśmy zasnęliśmy. Rano z naszej celi znowu zabrano kilka osób na przesłuchanie. Zaprzyjaźniłem się z kolegą z zabandażowaną głową. Był starszy ode mnie. Okazało się, że on też należy do ZWZ. Miał na imię Zygmunt i 2 maja miał swoje imieniny. Był bardzo mocno zaangażowany w prace konspiracyjne. Miał jakąś melinę na mieście, małą komórkę, gdzie przechowywał rzeczy związane z jego pracą konspiracyjną. Na popołudnie miał umówionych gości na imienny, więc przed południem udał się do tej swojej komórki, żeby wziąć jakieś materiały. Tam wdarło się nagle gestapo. Zaczęli go bić. Ponieważ znaleźli w tej komórce jakąś bańkę z benzyną polali mu tą benzyną głowę i zapalili. Stąd u niego były bandaże na głowie. Mimo swojej sytuacji był zawsze bardzo optymistycznie nastawiony.
Każdego popołudnia odbywały się pojedyncze rozwałki na Pawiaku. Z cel byli zabierani poszczególni więźniowie, którzy zostali skazani na śmierć i w ruinach getta niedaleko Pawiaka odbywały się rozwałki. Na każdy zgrzyt klucza w zamku zamierało mi zupełnie serce, że na pewno już po mnie przyszli. Na czwarty czy piaty dzień naszego pobytu usłyszałem zgrzyt zamku w naszej celi. Wszedł gestapowiec. Trzymał jakąś kartkę. Wymienił nazwisko kolegi z obandażowaną głową – Pewnicki Zygmunt. Powiedział: Jestem. Proszę iść za mną. Zapytał czy ma zabrać swoje rzeczy. Gestapowiec mu odpowiedział, że nie będę mu już potrzebne. Wszyscy wiedzieliśmy, co to znaczy. On na pewno też biedny, nieszczęśliwy. Po dziesięciu minutach usłyszeliśmy całą salwę z karabinu maszynowego. To na pewno było rozstrzelanie naszego kolegi. Po tygodniu pobytu zostaliśmy wezwani w trójkę, ogolono nas i wezwano na przesłuchanie. Zawieziono nas na aleję Szucha do tych samych tramwajów, w których nie tak dawno jeszcze żeśmy siedzieli. Kiedy padło moje nazwisko poprowadzono mnie po schodach. Minął mój strach. Nastąpiła pełna determinacja i zupełnie pewny krokiem weszłam do pokoju przesłuchań, na pierwszym piętrze. Za dużym biurkiem siedział czterdziesto paro letni łysawy gestapowiec po cywilu o dość sympatycznej twarzy. W jednym rogu siedział sekretarka przy maszynie, a obok niej siedziało „byczysko” z pejczami na kolanach. Podczas tego przesłuchania zobaczyłem jak Niemcy byli dobrze zorientowani we wszystkich rodzajach grup, wszystko znali doskonale. Kiedy mówiłem, że jeszcze nie składałem przysięgi pokazali mi jej tekst i z takim niewinnym pytaniem czy nie spotkałem się z tym tekstem. Dali mi do podpisania protokół, w którym stwierdzili, że byłem czynnym członkiem ruchu oporu. Próbowałem im wytłumaczyć, że nim nie byłem, ale podpisałem, żeby uniknąć bicia. Tak się dla mnie dziwnie i szczęśliwie to przesłuchanie zakończyło. Wróciłem do celi. Mniej więcej po trzech tygodniach, bo tyle na ogół trwała kwarantanna na Pawiaku zostaliśmy zaprowadzeni na inne oddziały. Każdy z nas został zamknięty w osobnej celi. Ja zostałem zamknięty na oddziale piatem w celi na drugim piętrze. Pobyt w celi z oczekiwaniem w każdej chwili na wywołanie na rozwałkę tak stargał moje nerwy, że pomyślałem, żeby mnie przewieźli do najgorszego obozu, abym tylko się z tego Pawiaka wydostał. Będąc na kwarantannie dowiedziałem się, że na Pawiaku są trzy rodzaje warsztatów: szewski, krawiecki i stolarski. Z tymi dwoma pierwszymi nigdy nie miałem do czynienia. Kiedy, któregoś dnia wszedł do celi Niemiec i zapytał czy jest ktoś, kto potrafi pracować w warsztacie stolarskim, szewskim czy krawieckim. Zgłosiłem się do stolarskiego warsztatu. Niemiec przypomniał mi, że jeśli się okaże, że nie jestem fachowcem to czeka mnie bardzo ciężka kara – karcer, głodówka i bicie. Powiedziałem, że zdaję sobie z tego sprawę. Oczekiwałem mniej więcej tydzień, kiedy z samego rana znowu się otworzyła cela i ten sam Niemiec wyprowadził mnie z celi. Warsztaty stolarskie znajdowały się w suterenie budynku więziennego. Kierownikiem okazał się klawisz przedwojenny – strażnik więzienny w zielonym mundurze, czterdziesto paro letni gość o sympatycznym wyglądzie. Zapytał mnie, jakiego rodzaju jestem stolarzem. Powiedziałem, że jestem stolarzem meblowym. Zaprowadził mnie do dużej Sali, gdzie było kilkadziesiąt dużych stołów stolarskich. Doprowadził mnie do jednego, który był pusty i powiedział, że mam poczekać, że ktoś do mnie przyjdzie i powie mi co mam robić. Z wielkim strachem rozglądałem się po stolarni i spostrzegłem znajomą twarz z kwarantanny. Czterdziestolatek o sympatycznej twarzy, z którym się kolegowałem. Miał na imię Janek. Podszedłem do jego stołu, gdzie pracował i mówię: Jasiu ratuj. Jestem stolarz meblowy, ale nie mam pojęcia czy dam sobie radę, czy potrafię cos zrobić. On powiedział, żebym się nie denerwował, ze wszyscy jakoś będą mi pomagać. To mnie uspokoiło. Na drugi dzień przyszedł do mnie Niemiec, który przyprowadził mnie to stolarni i powiedział, że mam dla niego wykonać ramę do obrazu. Pokazał, jakich rozmiarów miała być ta ramka. Mniej więcej dwadzieścia parę centymetrów na czterdzieści o dość skomplikowanym profilu. Natychmiast po jego odejściu pobiegłem do Janka. Janek mi tą ramkę zrobił w bardzo szybkim czasie. Wróciłem z nią do swojego stołu. Kiedy spojrzałem przez okno zobaczyłem długie buty oficerskie gestapowca, który po tą ramkę miał przyjść. Udawałem, że go nie widzę. Gwizdałem czyszcząc ramkę. Czułem, że ktoś wlepia we mnie swój wzrok, ale nadal gwizdałem i udawałem, że nie wiem, że stoi za mną. On mnie w końcu klepnął. Pokazałem mu ramkę. Był z niej bardzo zadowolony. Tak mój próbny egzamin się udał. Potem wykonywałem cały szereg różnych rzeczy.
Cofnę się jeszcze do czasu, kiedy byłem jeszcze na piątym oddziale. Ci, co pracowali w warsztatach mieszkali na innym piętrze i mieli możliwość korzystania z czytelni. Dostawali raz na miesiąc sto papierosów Haudegenów czyli tzw. Junaków, bardzo ostrych papierosów i bochenek chleba dodatkowo raz na tydzień – donoszono go nam w niedzielę. Więc nim tam byłem to w tej celi na piątym piętrze, która była przeznaczona przed wojną dla czterech więźniów, co jakiś czas zagęszczano ta naszą celę i w pewnym okresie było w naszej celi 28 osób. Wiedzieliśmy, że coś się dzieje, że widocznie na mieście jest wiele aresztowań i cos się musi stać. I rzeczywiście 29 maja 43 roku miała miejsce na Pawiaku w Warszawie największa w dziejach Pawiaka rozwałka. Rozstrzelano 529 osób. W tym dwadzieścia parę kobiet, ale nie pamiętam. To był straszny dzień, którego nigdy do końca życia nie zapomnę. Już od szóstej rano zrobił się straszny ruch na korytarzu. Myśleliśmy, że śniadanie nam będą już dawali. Zostały otworzone drzwi wszystkich cel. Był rozkaz wyjść przed cele i wyczytywano nazwiska. Zdawaliśmy sobie sprawę, że ci wyczytani będą szli na rozwałkę. To było wiadome, bo w celach już nie było miejsc. Wyczytywanie nie odbywało się w alfabetycznej kolejności także w jego trwania serce zamierało przy każdym nazwisku. Po wyczytaniu zamknięto cele. Usłyszeliśmy na podwórku warkot silników odpalanych ciężarówek i więźniowie zostali wywiezieni. Ja zwykle te wszystkie rozwałki odbywały się w ruinach getta przy ulicy Dzielnej. Mniej więcej po pół godzinie znowu usłyszeliśmy warkot ciężarówek wjeżdżających na podwórze więzienne. Znowu rejwacht, duży ruch, otwieranie cel, stawanie przed celami i sytuacja się powtórzyła. Znowu wyczytywano nazwiska nie według alfabetu. Znowu ogromne przeżycia. Serce zamierało mi całkowicie ze strachu. Cały czas się modliłem gorąco. I tak do wczesnych godzin popołudniowych powtarzała się sytuacja sześciu czy siedmiokrotnie. Z naszej celi z 28 osób zostało ośmiu. Wtedy zdecydowałem się na te warsztaty. Tam pracując bodajże 25 lipca nastąpiła druga duża rozwałka na Pawiaku. Bodajże sto dwadzieścia kilka osób zostało rozstrzelanych. Siedziałem wtedy w warsztatach. Widziałem przez okno ciężarówki, widziałem jak wyprowadzano ludzi. Kazano im się kłaść rzędami na podłodze tych ciężarówek. Kiedy podłoga została zapełniona kazano się układać następnym w drugiej warstwie. I tak dwie trzy warstwy. Jeden z więźniów został tam rzucony. Miał zabandażowane nogi. Chyba miał je połamane. Ciężarówki w końcu odjechały. Nie mogłem już dłużej tego stresu przeżywać, ciągła obawa przed rozwałką, na którą tylko czekałem. W końcu 25 sierpnia a chyba dzień wcześniej poinformowany dowiedziałem się, że zostanę wywieziony w transporcie do obozu koncentracyjnego. Nie było powiedziane, dokąd. Rzeczywiście następnego dnia wywieziono nas wcześnie rano. Zawieziono nas na dworzec wschodni i tam wsadzono nas do wagonów towarowych, bydlęcych z małym okratowanym okienkiem u góry. Była nas około setka także w zasadzie mogliśmy tylko stać. Pociąg ruszył. Jechaliśmy cały dzień w upale, w strasznych warunkach. Nie zatrzymywano się byśmy mogli załatwić swoje potrzeby fizjologiczne także wszyscy załatwiali się pod siebie na stojąco. Był straszny fetor, do tego upał i to małe okieneczko. Ludzie mdleli. O ile dobrze pamiętam jedna osoba zmarła. Kiedy nastał wieczór i zrobiło się znacznie chłodniej jeszcze można było jakoś przetrwać. Późnym wieczorem, jak się potem okazało około jedenastej dobiliśmy do celu naszej podróży, którym okazał się obóz w Brzezince.
Rampa w Brzezince w Birkenau. Z hukiem zostały otworzone drzwi wszystkich wagonów i z okrzykiem raus, raus, raus wyrzucono nas wszystkich z tych wagonów. Widok, który ukazał się moim oczom – taki krąg z wycelowanymi karabinami do nas, żołnierzy z psami przy nodze. Tez tego widoku nigdy nie zapomnę. Wrażenie, co mnie teraz tutaj czeka i ta wielka niewiadoma. Zaprowadzono na do jakiś baraków, gdzie zabrano nam naszą odzież. Zaprowadzono nas pod prysznice. Potem komando, które tatuowało nam numery na lewym przedramieniu.

– To wszystko trwało w nocy?
– W nocy. Jak nas przywieźli. To wszystko trwało całą noc. Rozdawano nam odzież. Jakieś gatki, marynarkę z pokrzywy. Podobno wszystko było robione z pokrzywy. Bez żadnego obuwia, bez czapki. Transport liczył ponad tysiąc osób. Wszystkie formalności strasznie długo trwały. Zanim człowiek dostał się do łaźni, zanim się wykąpał, zanim dostał odzież. Potem tatuowanie numeru. Potem zaprowadzono nas na oddział kwarantanny.

– Jaki panu dano numer?
– 139544. Kwarantanna nazywała się B2A i umieszczono nas w dwóch blokach.

– Był tam pan z jakimś kolegą czy nie znał pan nikogo?
– Myśmy we trójkę tam zostali przywiezieni – Władysław Długoborski i Lutek Szelemberg.

– A Władysław jeszcze żyje?
– Chyba żyje. Mnie osobiście 24 lipca 44 roku po zamachu na Hitlera wywieziono w nieznanym kierunku jak się potem okazało do Matchausen. Wtedy straciłem kontakt z tymi moimi dwoma kolegami. W samym Oświęcimiu tez straciłem z nimi kontakt, bo po zakończeniu kwarantanny zostaliśmy przydzieleni do innych bloków. Pracowaliśmy wszyscy w innej kompanii, także po kwarantannie nie mieliśmy już właściwie nic ze sobą wspólnego. Potem dopiero się dowiedziałem, że Władek Długoborski pozostał do końca w Oświęcimiu, aż do wyswobodzenia w styczniu 45 roku przez wojska Czerwonej Armii. Lutek Szelemberg został wywieziony do Buchenwaldu, a ja do Matchausen. W czasie mojego pobytu w obozie znajdowałem się w sytuacjach naprawdę nieprawdopodobnych. Byłem zawsze wierzący, więc się modliłem często do Opatrzności do Boga. Zdałem sobie potem sprawę, że tylko absolutnym cudem udało mi się te dwa obozy przeżyć a raczej trzy, choć w Matchausen byłem krótko, bo tylko dwa tygodnie, a po kwarantannie dostałem się do fili w Gusen. Tam trafiłem chyba do najgorszego obozu do Gusen II tzw fernichtunschlager I czyli do obozu wyniszczenia nr I. W Oświęcimiu miałem jeszcze o tyle dobrze, że dostawałem paczki od rodziców. Raz na tydzień dostawałem paczkę żywnościową. Do 5 kg miałem możliwość otrzymania i tu muszę przyznać, że te paczki rzeczywiście dochodziły. Ponieważ wiele chorowałem podczas pobytu w Oświęcimiu i znajdowałem się często na różnych blokach zawsze mnie ta paczka znajdowała. Co było dla mnie nieprawdopodobne i potwierdzało ten niemiecki porządek.

– Jak się rodzice dowiedzieli, że jest Pan w Birkenau?
– Przypuszczam, że rodzice się dopytywali. Na Pawiaku w końcu się dowiedzieli, że mnie nie ma. Na pewno poprzez Czerwony Krzyż dowiedzieli się, że zostałem wywieziony do Oświęcimia. I tam rzeczywiście otrzymywałem raz na tydzień paczkę.

– A pan wysyłał listy do domu?
– Tak. Raz na trzy tygodnie mogłem wysyłać list. Mam je nawet w domu. Cudem uratowana część tych listów przechowywana przez moją mamę ocalała. Dawano nam blankiet i ołówek do pisania. Listy można było pisać po niemiecku. Ja miałem szczęście, że znałem trochę język niemiecki, bo uczyłem się go w szkole i jeszcze dodatkowo rodzice nam opłacali prywatne lekcje języka niemieckiego. Jak przychodziła niedziela pisania listów to ja miałem cały dzień zajęty, bo cały dzień wypisywałem ludziom listy. Tylko niewiele osób umiało pisać. Niektórzy pisali za jakąś opłatą. Ja oczywiście pisałem te listy bezinteresownie.
Ponieważ jakimś cudem docierały do nas wiadomości o tym co się dzieje w Warszawie i co nas czeka także ja napisałem z Oświęcimia w jednym z listów, że prawdopodobnie pojadę w inne strony. Ponieważ ja jako dziecko nie wymawiałem dobrze litery „j” i mówiłem na siebie zamiast Jurek – Lulek to w tych listach napisałem do rodziców, że Lulek prawdopodobnie wyjedzie gdzieś, gdzieś się przeniesie. Paczki, które otrzymywałem w Oświęcimiu, adresowane były przez mojego ojca charakterystycznym pięknym pismem, bo on był grafikiem. Raz otrzymałem paczkę zaadresowaną przez moją mamę i w jednym z najbliższych listów zapytałem się dlaczego paczkę adresowałaś ty a nie ojciec. Mam mi odpisała, że ojciec musiał wyjechać i chodzi o to, żeby się nie spotkał z Lulkiem (tzn. nie chciał trafić do obozu) i musiał się przenieść gdzie indziej. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ojciec się gdzieś ukrywa. Mam też się ukrywała i brat. Przebywali w różnych miejscach. W razie mojej ucieczki aresztowali by najbliższą rodzinę, dlatego nigdy nie zaplanowałem ucieczki. Nie wyobrażałem sobie, żebym ja uciekał narażając moją rodzinę. Jeden z ostatnich listów, w których pisałem, że Lulek się przenosi do moich rodziców nie dotarł. Także od końca lipca, początku sierpnia 44 roku moi rodzice nie mieli już ode mnie żadnej wiadomości. Pocztę w Warszawie przejęli Niemcy. Moi rodzice byli prawie pewni, że nie przeżyłem.
Jedną z bardzo ważnych rzeczy dla mnie był dzień, kiedy byłem jeszcze na kwarantannie w Oświęcimiu. W czasie wolnym chodząc po blokowych korytarzach podszedł do nas taki starszy pan z dużym brzuszkiem, co najmniej pięćdziesięcioletni, łysy i zapytał: A wy, za co siedzicie młodzi ludzi. Odpowiedzieliśmy w żarcie jak to zwykło się odpowiadać: za niewinność siedzimy. A pan, za co siedzi zapytałem. Na to nieznajomy odpowiedział: Jestem adwokatem. Miałem duże możliwości w gestapo. Po przez te znajomości za duże pieniądze udawało mi się wielu więźniów uratować czasami nawet zwolnić, a czasami zamienić ich wyrok na łagodniejszy. Niestety ostatnia moja sprawą była sprawa, której niepotrzebnie się podjąłem. Miałem załatwić zwolnienie z getta rodziny żydowskiej, czy jednego żyda. Za to spadłem i teraz siedzę. Natomiast jak się patrzę na waszą trójkę to przypomina mi się, że ostatnia sprawę, jaka załatwiłem przed aresztowaniem była sprawa trzech chłopców takich jak wy, którym udało mi się załatwić za duże pieniądze karę śmierci na obóz koncentracyjny. Cos nas tchnęło, żeby się go zapytać jak się nazywali ci chłopcy. On wymienił nasz trzy nazwiska. Czyli w zasadzie od tego momentu, żeśmy byli o tyle spokojniejsi, że wyjechaliśmy do obozu bez wyroku śmierci. Do obozu wywożono nawet ludzi, którzy byli szczęśliwi, że opuszczają Pawiak, ale mając wyrok śmierci ten wyrok był w Oświęcimiu wykonywany.
Drugie takie nieprawdopodobne przeżycie miałem, kiedy byłem w Gusen II i kiedy po powstaniu warszawskim z początkiem listopada zaczęły przyjeżdżać do Gusen transporty warszawiaków wywożonych po powstaniu. Cywilna ludność, bez żadnej sprawy. Kiedyś pchając lorę z ciężarami widzę koło siebie gościa w jakimś nowym pasiaku. Zapytałem go czy jest z tego warszawskiego transportu. Odpowiedział, że tak. Zapytałem go jak wygląda Warszawa, a on mówi z przerażeniem, że Warszawa w ogóle nie istnieje. Zapytał czy jestem z Warszawy skoro się o nią dopytuje. Odpowiedziałem, że tak. A gdzie pan mieszkał. Na niewielkiej ulicy Kaliska się nazywa przy placu Narutowicza. A on mówi, że zna ta ulicę i pyta pod, którym numerem mieszkałem. Więc ja mówię: pod 17. Wie pan, jaki zbieg okoliczności. Mój znajomy mieszkał pod nr siedemnastym. Ja mu mówię, że ten blok był bardzo pechowy, bo tam dużo osób zostało zaaresztowanych, jedną osobę na klatce schodowej rozstrzelano, mnie wraz z kolega z czwartego piętra wywieziono. A on mi mówi, że jego znajomy został rozstrzelany w grudniu 43 roku. Zapytałem go: może mi pan powiedzieć jak się ten pana znajomy nazywał i on wymienia nazwisko mojego ojca. W ten sposób się dowiedziałem, że mój ojciec został rozstrzelany i dlatego nie adresował już do mnie paczek. Też siedział na Pawiaku. Został aresztowany w październiku 43 roku i 2 grudnia 43 roku rozstrzelany.

– Jak było w Birkenau?
– W Birkenau dostałem się do komanda, które wychodziło poza obóz. To było zaraz po kwarantannie. Zostaliśmy wtedy przeniesieni na tzw. Obóz B2D – D to był tzw. Obóz lager, arbait lager w którym były 32 bloki. Zacząłem pracować w komandzie, które wychodziło poza obóz także miałem. Kiedy wychodziłem poza obóz grała orkiestra. Kapo dawał hasło: mycen up tzn. czapki zdjąć. Po przejściu bramy było mycen auf, czyli załóż czapkę z powrotem. Swego czasu kopało się bezmyślnie. Ponieważ miałem bardzo niewygodne drewniaki porobiły mi się straszne pęcherze. Przecherze te zaczęły tak ropieć, że nie mogłem chodzić. Więc po powrocie do obozu zamiast położyć się na pryczy, gdzie się spało jeden przy drugim rzędem osiem bądź dziesięć osób, jeden koło drugiego. Wystawałem w kolejce do ambulatorium żeby zrobili mi opatrunek. Te pęcherze mi wycinano, smarowano maścią i zawiązywano papierowym bandażem, który po nocy już się pozrywał i tak idąc do pracy następnego dnia znowu wracałem ledwo żywy i nogi były już w takim stanie, że dostałem bardzo wysokiej gorączki. Do tego byłem bardzo przeziębiony. To był już okres później jesieni. Jak poszedłem do ambulatorium na opatrunek to felczer, czy jakiś lekarz w każdym razie był to więzień powiedział, że musisz iść do szpitala. Wielu kolegów odradzało mi pójście do szpitala, bo mówili, ze z tych szpitali w ogóle się nie wraca. Niestety byłem już w takim stanie i z dużą gorączką i strasznie zropiałymi piętami, że poszedłem do tego szpitala. Leżałem na bloku z chorobami wenerycznymi. Tam dosłownie nożyczkami wycinano mi kawałkami pięty. Z uwagi na późna jesień postanowiłem, że muszę jakoś w szpitalu pozostać. Nie mniej uznano mnie za zdrowego i przeniesiono do bloku tzw. Abganzblok czyli bok wyjściowy ze szpitala z powrotem do obozu pracy. W trakcie pobytu na tym bloku znalazła mnie paczka. Wtedy postanowiłem, że muszę z niej zrobić użytek. Kierownikiem tego bloku było polski Żyd – doktor. Zaniosłem mu połowę tej paczki i powiedziałem do niego tak: Panie doktorze ja wiem, że nie otrzymuje pan paczek z racji swojej narodowości. Ja otrzymuję paczki i będę się z panem zawsze dzielił, ale poproszę pana bardzo, gdyż jestem młody i za wszelką cenę chcę przeżyć, a wracam teraz do pracy, gdzie będę pracował w deszczu i na mrozie, żeby pan mi znalazł jakąś pracę na bloku. I ten lekarz rzeczywiście dał mi pracę tzw nachtwachy czyli nocnego stróża. Nocna zmiana straży akurat zachorowała i on miał wolne miejsce. Pracowałem od piątej popołudniu do piątej rano. Do moich obowiązków należało utrzymanie czystości na bloku. Z tyłu bloku była latryna na trzy czy cztery oczka. Wszyscy ci więźniowie, ponieważ na bloku leżało się prawie nago byli poprzeziębiani. Mieli popsute żołądki jedzeniem, więc nie wszyscy zdążyli. Jak siedział czy leżał na pryczy do ostatniej chwili nie zdążyli dobiec i do moich obowiązków należało oczyszczenie tego korytarza, a poza tym po zakończeniu pracy po piątej rano z facetem, który miał rano zmianę z tej ubikacji od strony zewnętrznej bloku wynosiliśmy kubłami – wlewaliśmy do takich drewnianych nosiłek – zawartość tej latryny. Nosiło się ze trzysta metrów. Także dopiero po godzinie strasznie ciężkiej i śmierdzącej pracy mogłem się po umyciu, po przeszukaniu wesz zdrzemnąć się. Tak udawało mi się pracować przez stosunkowo niedługi okres czasu. Któregoś dnia przed rozpoczęciem pracy czuję, że mam ogromną gorączkę. Poprosiłem tego lekarza, żeby dał mi termometr. Zmierzyłem temperaturę i okazało się, że mam 41,2. Nie chciało mi się w to wierzyć. Zszedłem o własnych siłach do lekarza. Panie doktorze niech mi pan zmierzy temperaturę, bo mi wyszło 41,2. Okazało się, że mam taką gorączkę. Zbadał mnie i powiedział, że mam tyfus. Wobec tego, tego samego dnia przeniesiono mnie na blok tyfusa. Na bloku tyfusowym nie dostawało się nic prócz (stały takie drewniane beczki z taka miętową herbatą czy płynem) i można sobie był brać tej wody menażka, bo strasznie się chciało pić. Okazało się, że dostałem jednocześnie tyfus plamisty i brzuszny. Jeden z tych tyfusów rzucił mi się na ucho. Dostałem silnego zapalenia ucha. Z bloku tyfusowego zostałem przeniesiony na inny blok, gdzie dochodził do mnie lekarz laryngolog, który starał się wyleczyć moje ucho. To ucho już mnie tak strasznie bolało, było tak opuchnięte i któregoś dnia, co było dla mnie wielkim szokiem ten lekarz to był polski Żyd. Nazywał się doktor Fasman był mniej więcej najwyżej pięćdziesięciolatkiem. Przystojny i bardzo sympatyczny. Którego dnia mi mówi: słuchaj, niestety musze cię zmartwić. Leczenie zachowawcze nie daje rady. Musisz być operowany. Jak to operowany – mówię, przecież jestem w obozie. On: Bo ty nie wiesz, że tu w Oświęcimiu na skutek dużego nacisku zagranicznych Czerwonych Krzyży głównie szwedzkiego jest sala operacyjna. Są wykonywane trzy operacje dziennie, które na ogół robią Niemcy. Ja się postaram zorbie ci ta operacje sam. I będzie mnie pan usypiał pałka w łeb – mówię. Nie tu jest bardzo dobry środek Ewipan. Zostanie ci wstrzyknięty w żyłę. Zaśniesz i ja cię zoperuję. Nie chciałem w to za bardzo wierzyć. Doktor Fasman na tyle zaryzykował dla mnie, bo operacje odbywały się między 11-13, a ponieważ się bał że będzie mnie operował doktor Tilo?, który był felczerem, który się uczył. On zorganizował dla mnie operacje popołudniu o godzinie siedemnastej, kiedy już było ciemno, kiedy gestapowcy wyjechali. O godzinie siedemnastej zaczął mnie operować. Nigdy tego nie zapomnę jak leżałem na tym łóżku przykryty prześcieradłem, goły, zimno było, bo to był już chyba styczeń i wbijam mi doktor tą igłę ja patrzę na lampę i w tym momencie gaśnie światło. Ci lekarze podchodzą do okna i patrzą, że światło zgasło w całym bloku. Cholera, co my teraz zrobimy. Czekają pięć, dziesięć minut światło się zapaliło. No to kontynuujemy. Podchodzi wbija mi ta igłę i pamiętam, że ostatnia myśl, która miałem przed zaśnięciem: co będzie jak on mi otworzy teraz głowę z tyłu, rozłupie mi i w tym momencie znowu światło zgaśnie. Z taką smutna myślą zasnąłem. Obudziłem się rano. Jak się potem okazało oni myśleli, że już mnie nie obudzą, bo nim ten lekarz zgodził się na ta operacje poddano mnie dokładnemu badaniu serca przy szybkim wdechu i oddechu trzy razy mu zemdlałem lekarzowi. I on powiedział do tego doktora Fasmana: słuchaj on nie wytrzyma nawet najmniejszej narkozy. Doktor Fasman powiedział: ale jest szansa. Jak nie zrobię mu trepanacji to on w przeciągu tygodnia w męczarniach umrze. I podjął się tej operacji. Ja podobno nie mogłem się obudzić. On nie wyczuwał żadnego pulsu u mnie. Zrobił mi zastrzyk z kamfory bodajże bezpośrednio do mięśnia sercowego. Tętno wróciło. Po takiej operacji musieliby mnie wypisać po dwóch tygodniach Był styczeń bądź luty. Poprosiłem tego lekarza bloku nazwijmy chirurgicznego, żeby dał mi jakąś pracę.
Zacząłem pracować, jako pielęgniarz opiekując się dziesięcioma osobami bezpośrednio po operacji, a po wykonaniu trzech operacji, które były wykonywane codziennie po pierwszej popołudniu do moich obowiązków należało sprzątanie. To było dla mnie straszne. Mdlący zapach krwi, ale to było nic. Liczyło się, że mam dach nad głową. Nie musiałem iść z żadnym komandem do pracy. Tak udało mi się pracować do maja w tym szpitalu. Potem z niewiadomych mi powodów zostałem wypisany z powrotem do obozu pracy. Jak wróciłem do obozu pracy dostałem się do komanda, które się nazywało Neutralezone – strefa neutralna, które miało około niecałe trzydzieści osób. To było małe komando. Do naszych obowiązków należało, żeby druty ochronne na wysokości mniej więcej jednego metra biegnące wzdłuż drutów wysokiego napięcia, pilnować. W tym komandzie pracowałem do momentu, kiedy 24 lipca 44 roku zostałem wywieziony z Oświęcimia do Mauthausen.

– A nie kradziono paczek?
– Jedna paczka doszła do mnie okradziona. To była paczka na rocznicę moich urodzin. Na paczkach była lista jej zawartości stąd wiem, że została okradziona. Dostawałem cebulę, smalec, jakiś kotlet wieprzowy czy inny. Dostawałem paczkę papierosów.

– pan wtedy palił?
– Tak. Tacy nałogowi palacze oddawali kawałek chleba za papierosa. Ja tego nigdy nie zrobiłem.

– A była kantyna w Birkenau?
– Nie. Kantynę mieli Cyganie. Obok był tzw. Zigeunerlager. I oni mieli kantynę. Mieli specjalne bony, za które mogli kupować.
Takie zdarzenie mi się przypomniało. Kiedyś po tych tyfusach dostałem strasznej biegunki. Na biegunkę była bardzo duża śmiertelność. Dostałem paczkę. Na bloku byli więźniowie sztubowi. Był tam żydowski chłopiec polski. Ja się z nim zaprzyjaźniłem. Dawałem mu rzeczy z mojej paczki, żeby on handlował z Cyganami. Była możliwość handlowania przez druty. On za te rzeczy, które wymieniał dostawał białe bułki i on te bułki na ruszcie w piecu mi piekł. Na bloku był taki duży komin, który biegł przez cały blok. Tam sobie wszyscy sztubowi, blokowi smażyli. I on mi te bułki tam przypiekał na taki węgielek. To mnie ratowało. Nie jadłem takiej czarnej gliny, która była uważana za chleb tylko miałem tą biała bułkę.
Miałem takie straszne zdarzenie, którego też nigdy nie zapomnę. Był okres, kiedy dokonywano selekcji Żydów. Niektóre transporty np. Żydów węgierskich szły bezpośrednio z pociągów do komór gazowych. Dawano im kawałki mydła. Komory gazowe imitowały prysznice, ale zamiast wody leciał gaz. Na tym bloku, na którym leżałem został przywieziony Żyd niemiecki. Być może trzydziestoletni, którego esman operował na wrzód żołądka. Zrobił mu resekcje żołądka. Wyciął mu żołądek. Przynosił mu w ramach diety mleko, białe pieczywo, masło, żeby ten Żyd wyzdrowiał. Kiedy ten Żyd wyzdrowiał, a lekarz mógł powiedzieć: zoperowałem, pacjent przeżył. I tego właśnie pacjenta w czasie tzw. Selekcji – wchodzili Niemcy, cała komisja wchodziła na blok. Wszyscy wystąp. I on tego Niemca, który go wyleczył, który przywoził mu biały chleb i mleko skazał na gaz. Wśród tej selekcji znalazł się również ten mały Żydek, z którym byłem zaprzyjaźniony. Selekcja odbywała się jednego dnia, a dzień lub dwa później podjeżdżały samochody. Kiedy ten chłopiec wiedział, że idzie do gazu przyszedł do mnie, którego wieczoru do łóżka i wzruszająco do łez powiedział: proszę pana ja idę na śmierć. Idę do gazu. Pan wie o tym. Wobec tego chciałbym się przed śmiercią wyspowiadać. Pan mi zaufał. Ja zamieniałem pana jedzenie z paczki na białe pieczywo. Ja pana trochę okradałem.
Po dwóch dniach podjechały samochody. Zapakowano ich do ciężarówki i zawieziono do łaźni. Zapadał zmrok. Podszedłem pod tą łaźnię, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Słyszałem straszne lamenty i płacze tych Żydów. W końcu taki donośny głos jednego z Żydów: Słuchajcie Żydzi zamiast płakać, lametować wy się cieszcie. Cieszcie się, że nam już nikt nie będzie pluł w twarz, nie będzie nas nikt mordował. Będziemy naprawdę wyzwoleni. Byłem bardzo tym wzbudzony. Zapanowała zupełna cisza. Podjechały ciężarówki i zabrały Żydów z tej łaźni. Doba za dobą dymiły bez przerwy te kominy i był tak strasznie słodkawy i mdlący zapach z tych kominów. W brzezince były cztery duże krematoria. Tam najwięcej gazowano.

– Pan widział jak ich prowadzono na śmierć? Widział pan masową zagładę?
– Ja widziałem będąc w komandzie Naturalizione bezpośrednio z rampy grupy idące kolumnami. Setki, tysiące. Szło się zawsze po pięciu. Ci Żydzi nie uciekali nigdy. Oni byli pewni, że idą do łaźni.
Ponieważ krematoria miały pewną zdolność spalania – za mało było, a kominy paliły się bez przerwy – w związku z tym na terenie krematorium wykopano doły olbrzymie. Te doły miały dwadzieścia metrów długości na osiem szerokości na cztery głębokości mniej więcej. Do tych dołów wrzucano zagazowanych Żydów bezpośrednio z komory gazowej, polewało się to benzyną czy czymś podobnym, były jakieś kłody drzewa i podpalano to tam, bo krematoria nie nadążały.

Kiedy byłem w Gusen to był już 44 rok. Tam dostałem się do pracy. Nie pracowałem już po dziesięć czy dwanaście godzin, ale pracowałem na trzy zmiany. Pracowałem w firmie Kristof komando. Betonowaliśmy w takiej olbrzymiej zalesionej górze, chodniki, kopalnie. W tych chodnikach były drążone olbrzymie hale i w tych halach była produkcja meserszmitów – niemieckich samolotów. Tam korzystając ze znajomości języka niemieckiego, która mi się przydawała, kiedy miałem bardzo ciężką sytuację i chciałem zmienić pracę. W Kristof komando miałem bardzo ciężką pracę. Tam pracowałem w beton grupie. Na wysokiej skarpie z dołu gdzie był dowożony beton podawaliśmy go szuflami – szufla betonu waży 4, 5, 6, czy 7 kg. I trzeba to było podawać wyżej i wyżej, a że kapowie ciągle biegali i krzyczeli los, los, los nie można się było na moment wyprostować. Zobaczyłem wtedy, jaką niezniszczalną maszyną jest człowiek. Chciałem ta prace zmienić. Z Gusen II jechało się do pracy pociągiem trzy kwadranse, szło się sześć kilometrów po śniegu, bo to była zima. Kapo był Niemcem, kryminalistą. Któregoś dnia przychodzimy a on się pyta, kto zna język niemiecki w piśmie wystąp. Ja wystąpiłem. Okazało się, że trafiłem na wspaniałą pracę magazyniera. Miałem niesamowita pracę, w ciepłym pomieszczeniu. Robotnicy, którzy tam pracowali drążąc te tunele i hale w ziemi to byli górnicy. To byli Austriacy, Niemcy, Chorwaci, Ukraińcy i dużo było cywilów. Do moich zadań należało wydawanie narzędzi przed pracą. Trwało to może godzinę, a potem miałem wolny czas. Miałem piękne prowadzony zeszyt – widocznie po ojcu ładnie pisałem. Którego dnia przyszedł do mnie syn tego starego magazyniera Austriak, cywil i zaglądał do moich notatek. Zobaczył jak ładnie piszę i poprosił mnie, żebym napisał list do jego narzeczonej. On mi dyktował. Ja mu napisałem. On mi w nagrodę za to na drugi dzień przyniósł ćwiartkę czerstwego chleba. Raz mi przyniósł gruszkę. W końcu, kiedy skończyła się moja praca na magazynie znowu miałem ciężko i znowu idąc na wieczorną zmianę przyszedł kapo i zapytał, kto umie obsługiwać betoniarkę. Ja do szkoły zawodowej chodziłem. Byłem w jakiś sensie budowlańcem zgłosiłem się. Miałem za zadanie obsługiwać wielką betoniarkę

Kiedyś nauczyłem się takiego wiersz, który bardzo mi się spodobał. Nie wiem, kto napisał ten wiersz. Ten wierszyk brzmi tak:

Drutami otoczony skrawek świata,
gdzie ludzie tylko numerami są,
gdzie brat spodlony gnębi swego brata,
i śmierć kościstą dłoń wyciąga swą.
Tam tyle krwi i tyle łez pociekło
Tam z krzykiem trwogi budzi się ze snu

I to jest tak autentyczne krzykiem trwogi człowiek budził się ze snu, bo zdawał sobie sprawę gdzie się znajduje.

– Był pan świadkiem kradzieży chleba, samosądów?
– Sam dokonywałem w Gusen. W Birkenau nie przypominam sobie. Leżałem w szpitalu. Ważyłem 41 kg. Miałem prawie zmiażdżoną nogę. Miałem siedem dziur, z których lała mi się wstrętna, żółta, śmierdząca ropa. Groziła mi amputacja. To były ostatnie dwa miesiące przed wyzwoleniem Gusen i Mauthausen chyba w ogóle był ostatnim obozem wyzwolonym przez Amerykanów. Przed kolacją wyrzucano nas na zewnątrz. W ostatnim okresie niewiedząc, czemu dawali nam jedną trzydziestą drugą bochenka chleba osiemset gramowego. Jak nas wpuszczano z powrotem na blok to każdy trzymał ten kawałeczek chleba. Sztubowy na to kładł albo kawałeczek margaryny, albo łyżeczkę zupełnie suchego twarogu i łyżkę dżemu na to. Wszyscy wpatrzeni w to jak w obraz święty szli wzdłuż korytarza. Ja się zawsze starałem iść w pierwszej grupie. Mieszkałem wtedy na najwyższym piętrze. Tam byli ruscy. Jeńcy wojenni i ci byli najgorsi. Pamiętam jak taki staruszek niósł ten kawałek chleba a za pryczy z jednej strony wyskoczył jeden Rusek podbijał mu rękę, ten chleb leciał do góry, a drugi podlatywał, łapał i zjadł. Ja się z nimi biłem. Nie ma nic najgorszego jak drugiego więźnia okradać. Modliłem się, żeby Amerykanie nas wyzwolili. W tym ostatnim okresie na łóżeczku 60 czy 70 centymetrowym leżało na sześciu – trzech z jednej strony głowy, trzech z drugiej strony i w tym było dwóch ruskich i oni widzieli jak ja się z ich pobratymcami leje to mi powiedzieli: przyjdą nasi tak ciebie pierwszego na gałęzi powiesimy. Więc modliłem się o Amerykanów. 3 maja wjechała szpica czołgów. To byli Amerykanie. Amerykanie w końcu mnie wyleczyli. Tą nogę, którą Niemcy chcieli mi amputować wyleczyli mi i mogę normalnie chodzić.

Pamiętam wigilię z 44 na 45 roku. Już w Gusen. Był tam taki oberkapo, Polak. Przystojny, szczupły, wysoki facet, góra czterdzieści lat, który słynął z tego, że był bardzo okrutny. Ja się akurat nie zetknąłem z nim bezpośrednio. Kiedy była wigilia miałem akurat taką zmianę, że siedziałem na bloku widziałem jak on grał Lulaj, że Jezuniu na skrzypcach w tą noc wigilijną i wtedy pamiętam dostaliśmy chyba po dwa papierosy – były takie cienkie. Zorki się nazywały. Z jedzenia nie przypominam sobie, żebyśmy coś dostali.

W styczniu czy w lutym jak pracowałem w tej kopalni, gdzie drążyliśmy te kanały. Dostąpiłem zaszczytu, że ci cywile, górnicy dali mi młot pneumatyczny, którym drążyłem w tym piaskowcu, bo to był piaskowiec. Były takie ringi stalowe, czyli pół pierścienie stalowe, które nakładało się na słupy. Te ringi były stawiane, co półtora, co dwa metry na to się kładło co najmniej dwucalowe deski i one stanowiły osłonę, żeby się ta ziemia na nas nie zsypała. Te deski pękły i posypał się na mnie taki drobny kamień. Upadłem, przysypany lekko tym gruzem i wtedy zaczęły spadać większe kawałki. Jeden kamień uderzył mnie mocno w nogę. Koledzy mnie odciągnęli. Po wyciągnięciu mnie cały strop runął. Dostałem się do szpitala. Kolejny raz miałem niesamowite szczęście na skutek modlitwy, bo ja w to wierzę, bo okazało się, że takich ciężko chorych co nie mogą pracować jest dużo więcej. Któregoś dnia blokowy na apelu powiedział: kto się bardzo ciężko czuje i nie może pracować nich wystąpi. Ja się wahałem, bo wiedziałem, że często może to się wiązać z jakąś selekcją, ale zdałem sobie sprawę, że nie mam możliwości pracować, bo z ta noga nie mogę więcej chodzić. Zgłosiłem się, a ponieważ szpitalu w Gusen II nie było, a Gusen I i Mauthausen jak stwierdzono nie ma miejsc w związku z tym dwa bloki przeznaczono dla chorych. Któregoś dnia chodził słuch, że będzie selekcja. Ciężej chorzy zostaną zaprowadzeni do Mauthausen, a lżej chorzy zostaną tutaj, żeby się podleczyć. Jest ta selekcja. Ja czuje, że ta selekcja związana jest z gazem. Niestety się okazało, że ja z ta nogą zostałem wytypowany w selekcji. Okazało się, że było nas około dwustu. Około sześciu kilometrów było z Gusen do Mauthausen – tak się mówiło, bo nikt tego nie sprawdził. Dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego sztubowego: idziecie wszyscy bezpośrednio do gazu, do komory gazowej. Kto zostawał czy nie dawał rady iść Niemcy mówili, że zostaną zastrzeleni. Na początku rzadko a potem coraz częściej było słychać pojedyncze strzały. Byliśmy trzy czwarte drogi przed Mauthausen i usłyszałem motocykl. Jechał esman. Dojechał do czołówki do dowódcy, który nas prowadził i dał mu jakiś papier. Ja byłem w czołówce, bo nie chciałem zostać w tyle, żeby mnie nie zastrzelili. Ku mojemu szczęściu i wielkiemu zaskoczeniu nie prowadzą nas wcale do komory gazowej tylko porozdzielano do nas po różnych blokach. Okazało się, że działa ten Czerwony szwedzki Krzyż, który widocznie powiedział coś w tym rodzaju, że koniec wojny się zbliża i musicie wykazać tyle dobrej woli, żeby potem was potraktowano bardziej ulgowo. Siedząc tam znowu była selekcja. To był początek lub środek kwietnia. Podobno w Mauthausen było nieduże krematorium, które spalało 120 osób na dobę. Śmiertelność była tak nieprawdopodobna, że pomiędzy blokami były piramidy na osiem, dziesięć metrów z ludzkich szkieletów. Była wersja, że zbliżają się wojska amerykańskie wobec tego ten obóz w Mauthausen trzeba ewakuować. Ponieważ trzeba go ewakuować w trakcie ewakuacji będą przeszkadzali ci ciężko chorzy. Wobec tego tych ciężko chorych trzeba zlikwidować. Znowu zrobiono selekcje i ja zostałem wybrany do tej selekcji. Na dzień po selekcji, w godzinach popołudniowych ustawiają nas w szeregu na bloku i wyprowadzają. Leje deszcze. Założyliśmy na siebie koce, bo tak nam kazano. Ja już wiem, że idziemy na gaz. Dochodzimy do szlabanu, gdzie jest koniec szpitala i żandarmi, którzy nas prowadzą i w tym momencie z góry zjeżdżają na dwóch rowerach tzw. Aperfurer, żeby dokonać apelu. Pomiędzy nimi zawiązuje się dyskusja i awantura. Ci, którzy nas wyprowadzają powiedzieli, że chcą nas wyprowadzić, a ci z góry mówią nie. Zaprowadźcie ich z powrotem. My zrobimy apel, a potem możecie ich wyprowadzić. Uznałem to na szansę na uratowanie. Z pod pryczy, gdzie mieszkałem przeniosłem się na przeciwny koniec obozu i pod najniższą pryczą – tam się ledwo można było zmieścić – schowałem się i kiedy wyczytywano nazwiska czy numery. Nie zgłosiłem się i kogoś pierwszego lepszego za mnie wzięli. W ten cudowny sposób się uratowałem.

– Jaki miał pan numer w Mauthausen?
– 81152

W Gusen co jakiś czas odbywało się odwszenie, które się nazywało loisen control. Mniej więcej około ośmiu, dziesięciu tysięcy więźniów było w Gusen, więc postanowili, że połowa będzie odwszono w obozie, a połowa pojedzie do Linzu. Ja byłem w tej grupie, która jechała do tego Linzu. Idę w grupie otoczony znajomymi. Kiedy nas ładują do pociągów towarowych. Ja dochodzę do wagonu, w którym mogę być jednym z ostatnich z pięćdziesiątki, bo po tyle wsadzano do wagonów. Wszyscy moi znajomi wyciągają do mnie ręce, żeby mi pomóc wejść. Niczego nie przeczuwałem, ale powiedziałem im, że wejdę sobie jako, jeden z pierwszych do następnego wagonu i się spotkamy jak wyjdziemy. Po trzech kwadransach dojeżdżamy do Linzu. Otwierają wagony. Ja wychodzę z tej drugiej grupy. Kiedy otworzyli wagon, do którego nie wszedłem okazało się, że wszyscy nie żyją. Okazało się, że w tych wagonach przewożono w płóciennych workach tzw. cyklon B. Cyklon B na ogół bywał

Filmy