Jan Światłowski

Biografia
Jan Światłowski

Urodził się 12 marca 1921 roku w Warszawie. Rodzice Józef i Anna z d. Kruk mieli jeszcze dwie córki. Do szkoły uczęszczał najpierw w Radomiu, a od szóstej klasy w Tarnowie. Maturę zdał w 1938 roku. Później przez krótki okres pracował w Junackich Hufcach Pracy, po czym poszedł do wojska. Po wybuchu wojny wziął udział w Kampanii Wrześniowej służąc w 16 Pułku Piechoty. Po wkroczeniu Sowietów, próbował przedostać się przez Węgry na Zachód. W listopadzie 1939 roku został aresztowany w okolicach Cisnej. Przesłuchiwany był w Sanoku – następnie więziony na Montelupich w Krakowie i w Wiśniczu. Stamtąd trafił do KL Auschwitz z numerem 1057. Osadzony został na bloku pierwszym. Przydzielony do pracy przy rozbudowie obozu. Później pracował przy czyszczeniu budynków obozowych do 1942 roku. W marcu 1943 roku przeniesiono go do KL Neuengamme, gdzie przez rok pracował na sortowni w cegielni. Później został przeniesiony do KL Mauthausen-Gusen. Po wojnie mieszkał w Londynie, a od 1955 roku w Kanadzie.

Relacja

Zakład tytoniowy koło Oświęcimia. Oni poszli na kwarantannę, a my, jako drugi transport od razu do roboty bez kwarantanny. Oni poszli na kwarantannę do zakładu tytoniowego. Tam jest ta tablica. On a w zeszłym roku była chyba poświęcona, a myśmy przyszli do roboty, bo trzeba było płot budować. Byłem w trzech obozach. Nie wiem, po co mnie tak wozili. Czy taki ważny byłem czy taki nie ważny. Niektórzy mówili, że takie pierwsze transporty takich zdrowych ludzi, jak ktoś się utrzymał to oni mówili, że będzie potem pracował dla Rzeszy. Dobry robotnik.
– Wszyscy byli gnębieni, ale ja o tyle czuję się winny, że ja przeżyłem, że takie miałem szczęście. Ja pani powiem rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć. Moja matka się modliła. Wszystkie matki, wszystkie siostry, wszystkie żony, wszyscy się modlili. Człowiek się sprytnie dekował. Ja człowiek pracował przy łopacie to nie miał szans przeżyć. Ja też pracowałem przy łopacie.
Jechał Mietek Wojciechowski, Michał Ziółkowski i ja. Jak myśmy szli za granicę to myśmy szli walczyć. To Niemcy nas wsadzili. Szykanowali nas. Człowiek złapany z ulicy albo z domu bez żadnych powodów to ten człowiek się załamywał. Ja akurat poszedłem po piwo. Po co ja po te piwo poszedłem.

– Jak się nazywał tata?
– Józef Światłowski, a mama Anna Kuk.

– Miał pan rodzeństwo?
– Siostrę mam, która jeszcze żyje. Jest starsza ode mnie. Ma 88 lat. I młodsza siostra, która umarła cztery lata temu. Była najmłodsza z nas wszystkich. Mieszkała w Poznaniu z mężem. Miała na imię Izabela.

– Gdzie chodził pan do szkoły przed wojną?
– I w Radomiu i w Tarnowie. Do piątej klasy w Radomiu, a potem szósta, siódma tutaj. Tu zdawałem maturę w 1938 roku. Chodziłem do III gimnazjum.

– Jak było w szkole?
– Nie byłem żadnym asem. Miałem dobra pamięć, ale tak jakoś do nauki nie byłem do ścisłych przedmiotów.
Ojciec jak poszedł na emeryturę to został komendantem Junackich Chłopców Pracy. Został komendantem na okręg krakowski. Mieszkał w Krakowie na ulicy Smoleńskiej naprzeciwko klasztoru. Bardzo dobrze to prowadził. Był ciągle na rozjazdach.
Ja też był w Junackich Chłopcach Pracy z kolegami ze szkoły w Wierchomli do łopaty. Przy łopacie wesoło było. Tam poznałem takiego syna chłopa i myśmy razem – Sęzlik się nazywał, pamiętam. To był taki dobry kumpel. Po Junackich Chłopcach Pracy poszedłem do wojska. Do podchorążówki rezerwy w Krakowie. Tam przesłużyłem cały rok. Potem w czerwcu czy lipcu zostaliśmy zwolnieni, bo wiadomo było, że wojna przychodzi. Wróciłem tu do Tarnowa i służyłem w 16 Pułku Piechoty. 16 Pułkiem Piechoty pojechaliśmy do Pszczyny. Tam była walka z Niemcami.
Tak się złożyło, że ja miałem swoją drużynę na prawym skrzydle, na samym krańcu, tam była taka duża łąka. Kapitan Laibnizt wychodzi i mówi Światłowski możesz atakować. Ja mówię, kiedy. Zaraz. Poszliśmy od razu i tam była strzelanina. Byliśmy na otwartym polu. Weszliśmy do wioski. W wiosce jakiś dom się palił i nikogo tam nie było. Czołgi zaatakowały główne siły nasze po lewej stronie i zepchnęli całe bractwo. Tam dwustu trzystu zginęło, a myśmy zostali odcięci po prawej stronie. Nic nie słychać. Wszystko ucichło. Co teraz robić? Przejeżdżał taki bus zwiadowczy, zwykły, zwyczajny, prosty wóz, krążył, krążył, krążył. Miał karabin maszynowy. Co tutaj robić? Nas niewielu było. Nawet nie wiem, kto przeżył taki bałagan był. Wziąłem ręczny karabin i zacząłem strzelać – jedną serię, drugą, trzecią i on się odwrócił i odjechał. On nie przyszedł walczyć. On przyszedł, jako zwiadowca. Zrobiło się ciemno. Idziemy do Krakowa. Piechotą szliśmy nocą. Doszliśmy do Krakowa. Tam w Akademii Górniczej była zbiórka taka ogólna i tam tworzono nowe oddziały. Tam dostałem się do takiej zorganizowanej kompanii i szliśmy na wschód, żeby znowu walczyć. Trochę Niemców przegoniliśmy. Potem przychodzą i mówią: panowie Rosjanie nas atakują. Wypłacono nam żołd i każdy z nich robi, co chce. Część zawodowych poszła od razu na Węgry. Nikt nikogo nie przymuszał. Ja postanowiłem, że jednak wrócę najpierw do domu. Przebrałem się w wieśniaka i doszedłem tutaj do Tarnowa przez Lisią Górę.
Miałem dwóch kolegów. Myśmy się przyjaźnili. To był Mietek Wojciechowski i Michał Ziółkowski. Razem się spotykaliśmy. Szliśmy na mszę świętą do katedry i śpiewaliśmy Boże coś Polskę. To było niemądre. Prowokowaliśmy tym Niemców. Razem się dogadaliśmy i postanowiliśmy iść na Węgry. 20 listopada poszliśmy na Węgry, do Sanoka. Jedną rzecz chcę bardzo ważną wspomnieć. Jeśli będzie o tym mowa, co ja mówię to żeby temu dać tytuł, jaki mi się podobał: Jasiu cieszę się, że idziesz. To są słowa, które moja matka powiedziała. To dało mi taka siłę, że w obozie potem jak było ciężko, jak było zimno, jak było beznadziejnie zawsze pamiętałem to, co mi matka powiedziała: Jasiu cieszę się, że idziesz. Na pewno trudno jej to było powiedzieć, ale dała mi to takie błogosławieństwo. Pasowała mnie na rycerze. Idziesz walczyć. Nie udało się, bo nas w obozie zamknęli, ale tego nie zapomnę nigdy.

– Pan tych dwóch swoich kolegów znał ze szkoły?
– Tak ze szkoły. Wszyscy byliśmy w tej samej klasie. Zdaliśmy razem maturę. Tak żeśmy się jakoś dobrali. Po wojnie do mnie przychodzili.

– Czy działaliście w harcerstwie?
– Mietek był w Sodalisie, ja byłem trochę dawniej w harcerstwie w Radomiu, a właściwie to nie byłem. Ja i Michał byliśmy w wojsku, a Mietek uczył się pilotażu na szybowcach. Później Mietek studiował prawo w Krakowie.
My trzej koledzy ze szkoły, ale jak się brat Michała dowiedział, który był podporucznikiem, że my idziemy za granicę to on dołączył się do nas – Gustaw Ziółkowski i jego kolega z wojska – nazywał się Benno Zerbst. To niemieckie nazwisko miał. On też był podporucznikiem. Więc wszyscy poszliśmy razem. Naszym zamiarem było dotrzeć do jakiegoś przewodnika i nocą przejść granicę, ale ci dwaj panowie oni wiedzieli lepiej. Przekonali nas, żeby w dzień iść. Szliśmy w dzień. Zatrzymał nas patrol i koniec i do Sanoka do więzienia. Tam było przesłuchanie.

– A było więzienie w Sanoku czy tylko areszt?
– Nas złapali w Ciśnie i przewieźli nas do Sanoka, a w Sanoku było więzienie. Tam byliśmy przesłuchiwani. Tam była taka drobna awanturka. Przesłuchiwali każdego osobno. Jak przesłuchiwali nas Niemcy mówiliśmy, że szliśmy po miód, w każdym razie, że jesteśmy uczniami, a mój ojciec, że jest pensjonowanym urzędnikiem. Jak mnie przesłuchiwano, to ten Niemiec, w ten czas była ta awantura w Bydgoszczy. Zaraz na początku wojny Niemcy zaatakowali Polaków w Bydgoszczy, a później Polacy zemścili się na nich i wymordowali Niemców. I oni pokazali mi gazetę. Popatrz, co tu Polacy zrobili. A ja powiedziałem tak: to nie prawda. Polacy nie potrafią się pastwić nad bezbronnymi. A ten jeden jak się wściekł, złapał za bagnet i ciach mnie tym bagnetem chciał mnie uderzyć, ale tam była taka wnęka na ubrania i ja tak skoczyłem i nie dostał mnie, ale uderzył mnie w głowę. Rozbił mi głowę. Jak ja się obudziłem, bo straciłem przytomność. Jak odzyskałem przytomność to oni w czwórkę mnie kopali. Każdy z innej strony. Skopali mnie. Tacy byli wściekli. Potem zawołali sanitariusza. Opakowali mi głowę i do celi. Potem już nas nie przesłuchiwali. Strasznie może wyglądałem, bo miałem głowę rozbitą, ale strachu nie miałem. Niczego się nie bałem. Dziwi mnie to nawet teraz.
Później w krótkim czasie wysłano nas na Montelupich do Krakowa. Po naszym wyjeździe z Sanoka była tam rozwałka. Rozstrzelali tam z dwudziestu ludzi. Na Montelupich długo nie byliśmy. Może jakiś miesiąc, a potem resztę byliśmy w Wiśniczu, ale nie pamiętam, co tam było. Wiem, że był zamek, więzienie, jakaś góra.
Mieciu umarł jakieś pięć lat temu w Kielcach. Był dyrektorem banku w Kielcach. Co ciekawe. Ja miałem do Mietka dzwonić, bo stale się porozumiewaliśmy i w ta jedną sobotę miałem do niego dzwonić, a tu jakieś święta przychodziły i w ta sobotę jak miałem do niego dzwonić on umarł.

– A w Wiśniczu były przesłuchania?
– Nie tam nie było przesłuchań. Tam do pracy. Myśmy już mięli na pewno swoje bileciki do Oświęcimia zarezerwowane. Także tam nas tylko trzymali, bo Oświęcim nie był jeszcze gotowy.

– W Wiśniczu chodziliście do pracy?
– Tak była praca, ale ja nie pamiętam. Z Wiśnicza zawieźli nas do Oświęcimia. Jechaliśmy pociągiem. To był pociąg osobowy. Tam była taka scena. Kogoś tam bolał ząb i jęczał. Jeden Niemiec podszedł i zapytał: boli cię ząb? A który? Ten mu pokazał, a ten łup go.
Zatrzymaliśmy się na stacji w Oświęcimiu i szliśmy piechotą.
Transport, który przyjechał z Tarnowa, przyjechał zdaje się 14. Ich od razu dali do Monopolu. Nas wzięli od razu do obozu. To był pierwszy blok. Tam w ogóle drutu nie było. Myśmy zaczęli budować obóz, płot z drutu. Tam moim pierwszym kapo Johny Lehenih. On później uciekł z Polakami i był w AK. Niemiec, marynarz, bardzo życzliwy człowiek. Silny, zdrowy, miła gęba. On na nas nie krzyczał.
Różni tam byli ludzie. Zasadniczo wszyscy krzyczeli. Oni robili to, co z nimi robili jak oni byli w obozie, a tu przyszli, żeby wszystko organizować, więc trzeba było krzyczeć, trzeba było straszyć. Oni kopali i bili. Jakieś miałem takie szczęście, że mnie nikt nie pobił.
Był blok pierwszy. Zbudowaliśmy ten płot, ten drut kolczasty. Potem zaczęli zagospodarowywać te bloki jeden po drugim. Tam robotnicy cywilni też pracowali przed nami.

– Od razu wam dali numery jak przyszliście?
– Tak. Na polu podchodziło się w szeregu i dawano nam numer. Trzeba było go przyszyć. Ale nie drukowali numerów. Ja nie mam żadnego numeru. Dopiero w 1943 roku w lecie zaczęto drukować wszystkie numery.

– Czy mieliście swoje cywilne ubranie?
– Nie. Dawali nam pasiaki.

– Jaki numer panu nadali?
– 1057, a Michał miał 1055, a Mieciu dostał 1061.

– Na bloku też was razem umieszczono?
– Tak. Byliśmy na bloku razem.
Potem mi się zdarzyło, kiedy pracowałem przy tym płocie, tam krzyku było dużo, trzeba było stawiać te słupy. Im chodziło, żeby jak najszybciej to zrobić, ale detali nie pamiętam. Tam był taki Majer Rotenbaken, czerwone miał policzki. Był świeżono upieczonym porucznikiem. Był Zaidler wyższy oficer. I Zaidler mnie witał w obozie i żegnał po pięciu latach w Mauthausen.

– Pan przez cały pobyt w Auschwitz mieszkał w tym samym bloku czy was przenoszono?
– Myśmy się dostali do (tu niemiecka nazwa, ale bardzo niezrozumiale wypowiadana) czyszczenia komendantury i baraków. Procedura była taka, że myśmy wychodzili przed apelem jeszcze. Czekali już na nas żołnierze i zaprowadzali nas tam gdzie był taki pierwszy dwupiętrowy budynek. Najpierw czyściliśmy ten pierwszy. Zmiatali, czyścili podłogi potem drugi, potem trzeci. Ten pierwszy był o tyle ważny, że tam była całą komendantura. Tam był Wagner. Z psem chodził. On był głównym zaopatrzeniowcem na cały obóz. On miał radio na biurku i Mieciu Wojciechowski był specjalistą od tego i myśmy słuchali Londyn bum, bum, bum. Słuchaliśmy wiadomości. Raz trzeba było uważać. On przychodził późno o 8 czy 9, ale raz wpadł o 6 jak myśmy tam byli, a to radio jeszcze ciepłe było, bo to taki duży odbiornik był. Mieciu zaczął sprzątać tak żeby on się nie zorientował, bo akurat brał cos z biurka. Jakby on się zorientował to by nas od razu rozstrzelali. Także mieliśmy wiadomości po polsku z Londynu. Potem się baraki czyściło. Trzeba było myć korytarze i izby i ustępy, ale to wszystko nie było na zewnątrz. Tam było ciepło i sucho.

– Wyście tam w trójkę pracowali?
– Tak. Jeszcze jakiś siedmiu czy ośmiu. Nawet mojego kuzyna wciągnąłem. Ja go nie znałem, ale przyszedł Światłowski do obozu i on przez jakiś czas tam pracował, a Michał wciągnął swojego szwagra. Chodziło o to, żeby praca była dobrze wykonana, żeby nic nie zginęło, bo to wszystko było otwarte. Tam esesmani mieli swoje rzeczy. Tak pracowałem do 1942 roku i tam się wydarzyła pewna rzecz. Pewnego dnia jak byliśmy tam sami – oni nas nie szykanowali, stosunki ludzkie się układały – ich trzech siedziało pod oknem. Oni zawołali mnie. Nie bój się. Powiedz czy Polska będzie czy wierzę, że Polska będzie istniała. Mi serce zaczęło mocniej bić. Byłem kapralem, podchorążym i ja nie mogłem przegrać tego pojedynku. Patrząc stanowczo, poważnie prosto w oczy powiedziałem tak Polska będzie. Po niemiecku powiedziałem, bo oni po niemiecku pytali. Cisza była. Nic nie powiedzieli. Wyszedłem z pokoju. Nic mi nie zrobili. Powiedzieli, że nic mi nie zrobią. Tylko następny ranek, apel. Wołają po niemiecku mój numer. Ola Boga. Z deszczu pod rynnę. I wsadzili mnie i zemścili się.
Wsadzili mnie do Bunawerke. Pracowałem tam ciężko przy łopacie. Nikt mnie nie pobił, ale człowiek słabnął, słabnął, słabnął. W ten czas jeszcze silny byłem. Proszę sobie wyobrazić – cuda chodzą po ludziach czy nieszczęścia chodzą po ludziach. Wołają mój numer i posłali mnie do Porąbki. Z rynny na słońce. Jak to wytłumaczyć? Kto to zrobił? Ja do dzisiaj tego nie wiem. Przecież tam mnie za karę dali i posłali mnie do Porąbki. W Porąbce. Tam jest taka góra i taki szałas długi zbudowany przez Polaków. Jest leśniczówka, potem plac i lasek i tam pracowałem. Tam był taki piegowaty ogrodnik. On był wtedy arbaitfurer i wyperswadował Heslerowi, że on mu tu ładnie zrobi. Budowaliśmy tam strumyk, skałki dawali. Jedzenie było bardzo dobre, bo Hesler się starał, bo to było dla esesmanów. Tam byłem cały miesiąc. Tam naprawdę odżyłem. Dobrze się tam pracowało. Ciężko, ale dobrze. Tam było takich dwóch siłaczy. Starszy taki ślązak, duży chłop, a drugi tez był taki potężny, młody człowiek oni zawody robili sobie, kto ile worków na plecach udźwignie. Worki z kartoflami ważą 50 kg, a oni brali po dwa worki. Tam było bardzo dobrze. Atmosfera była dobra.
Po Porąbce poszedłem na blok 17A. tam szajberem był Wróblewski Zdzisław. Ja go znałem jeszcze z więzienia. On był podporucznikiem kawalerii. On był szajberem i dzięki niemu tam się dostałem. To był dobry blok, bo tam blokowy był porządny i spokojny. I on mnie tam wciągnął. Ja tam wciągnąłem dwóch ludzi przez niego – Kazia Supersona z Jarosławia i mojego kolegę z Tarnowa, który tu przychodził do nas, ja się z nim przyjaźniłem. Nie wiem czy mogę powiedzieć jego imię. Józef Raczkowski. Ja ich wciągnąłem tam, bo to był dobry blok. Oni gdzieś pracowali. Niezłe prace mieli. A tu taka wielka tragedia. Zaaresztowano Wróblewskiego. Była jakaś wpadka, ale dokładnie nikt nie wie, jaka. Mówili, że złoto, zęby, broń. Mietka Wojciechowskiego aresztowali. Nie mnie, ale tych dwóch kolegów, których ja wciągnąłem pod opiekę. I on pamiętał te dwa nazwiska, a mojego nie podał. Jego bili i chodziło, żeby paplał jakieś nazwiska. Tam Kral też, folzdeutsche on się z Wróblewskim kumplował. W dzień, kiedy go zaaresztowali cały obóz nie poszedł do pracy, bo było podejrzenie, że działa jakaś organizacja. Była panika w obozie. Oni musieli się w Berlinie tłumaczyć. Jak to możliwe? Tam były cywilne firmy. Dlaczego ludzie nie poszli do pracy. To było przed Bożym Narodzeniem. Kaziu został rozstrzelany.
W innej sprawie poszło dwóch Szadzińskich i Figiel z mojej klasy i jego brat Włodek
Potem on (Wróblewski) wchodzi do gestapo, że on chce cos ważnego powiedzieć, że to wszystko było kłamstwo. Biliście mnie to mówiłem jakieś nazwiska. A oni powiedzieli tak to macie nauczkę, żeby nie kłamać do gestapo. Najpierw ich bije, żeby kłamał, a potem ich bije, że kłamał. Mietka zwolnili. On mówił dobrze po niemiecku, a twarz miał spokojną. Jak on rozmawiał z Niemcami to on panował nad nimi. Jego zwolnili, ale Grabner lub Woźnica mu powiedzieli to ci się teraz udało. Tym razem ci się udało. Mietek jak wyszedł to powiedział: wiesz Janek, ja byłem rozczarowany. On się przygotował na śmierć, a tu z powrotem wpakowali go do obozu.
Jak oni byli w więzieniu ja zrobiłem taka paczkę z żywnościową. Napisałem Superson, adres. Znalazłem znaczki i sznurkiem owinąłem i ta paczka się rozleciała. Ja z taką paczką poszedłem na blok 11. Tam nikt nie chodził. Każdy się bał. A ja poszedłem bezczelnie. Ja znałem tego Engerszala. To był oberszarfurer, który to wszystko prowadził. Ja pukam a on wychodzi. Pytam go, co mam z tym zrobić. Dałem mu tu. W tym cieście był krzyżyk z różańca i ktoś go znalazł. Może Kaziu Superson, ale jeśli nie on to może ktoś inny.
W 1942 roku a może z końcem 1941 roku przyjechało gestapo z Tarnowa, a może z Katowic i przesłuchało naszą trójkę Mietka, Ziółkowskiego i mnie i chcieli nas rozstrzelać. Jakbyśmy się przyznali. Za chęć przekroczenia granicy i walkę z nazistami to była śmierć.
W marcu 1943 roku posłano mnie do Noiengame.

– Czy jak pan był w Auschwitz otrzymywał pan listy, pisał pan?
– Tak, ale listy to tylko po niemiecku. Wolno było jedną paczkę na miesiąc dostać. Mamusia zawsze tam cos wyskrobało. Jak się tą paczkę dostało to się dzieliło między innymi. Kapowi się cos dało, blokowemu.

– Pan znał niemiecki?
– Nie. Ja się francuskiego uczyłem, ale Michał i Mietek znali niemiecki.
Kwestia Żydów. Jak myśmy przyjechali do obozu to nasz profesor Simcher z Tarnowa. Był geografem. To był Żyd, a simche to znaczy wesele, czy ślub po hebrajsku to myśmy na początku dawali mu porcję chleba. Każdy mu dawał jedną trzecią swojego chleba, bo tam u tych esesmanów to nieraz znaleźliśmy kawałek chleba. I on zawsze czekał na ten chleb. On był przechrztą. Tam był jego brat i on chciał, żeby on się z nim podzielił. Nie, nie, oni mnie dali. Potem zamordowali tego Żyda i jego brata. Tak samo zamordowali naszego profesora od histori. Mundała się nazywał. On prowadził straż przednią. To był wielki patriota. Przywieźli go do obozu pobitego straszliwie. To był akurat Kazimierza, a on nazywał się Kazimierz Mundała. Myśmy posłali mu paczkę jak zdobyliśmy jedzenie.
Historia biblii Dawida i goliata. Tam na tym bloku 17A był taki Żydek. Miał 12 lat. Holenderski Żydek. Jego ojciec grał w orkiestrze symfonicznej w Amsterdamie. Na skrzypcach chyba grał. Jak oni przyjechali do obozu to zgazowali rodziców, a on się dostał przez pomyłkę do tego obozu. On był Żydek, nie pasował do tego obozu. Poza tym to było dziecko. Każdy go lubił. Jednego dnia zabrali jakiś 350 z bloku powyciągali i ustawili ich do gazowania i Dawida tam dali. I on szedł. Blokowy dał mi chleba i mówi daj mu ten chleb. I on ten chleb miał. On się tak cieszył. Pamiętał, że rodziców tam zostawił. On nie rozumiał tego wszystkiego i szedł, żeby z rodzicami się zobaczyć i historia się powtarza. Dawid przeciwko Goliatowi i Dawid miał chleb (płacz). Dawid się tak cieszył. Nie mogłem mu powiedzieć, że idzie na gaz.
Tam też poznałem Żyda Francuza. Dentysta. Ile on mnie nauczył piosenek. O Francji mi opowiadał. Czasami kawałek chleba mu dawałem.
Kiedyś przechodziłem koło bloku, wieczorem. Jak ktoś był chory to jeszcze go wzięli, ale jak był bardzo chory i słaby to po sprawdzeniu na apelu zostawiali ich na zewnątrz. Na deszczu na mrozie, bo, po co będą wnosić do łóżka. Ja tam raz przechodziłem koło bloku i już trzech, czterech nie żyło, a jeden stał i ja bym kawałeczek chleba i wsadziłem mu ten kawałeczek chleba do ust i on ten biedak tylko jedno oko otworzył. Już nie mógł drugiego otworzyć. I ja nawet nie wiem czy on zjadł ten chleb. Umarł tej nocy. To była jego ostatnia wieczerza.
A mój jeden kolega nazywał się Sznajkart. Tam była straszna kara. Słupek. On coś zrobił i jego powiesili na słupku i on mówił żeby mi ktoś taką łaskę zrobił i zabił mnie w ten czas. Oni spadali, rąk nie mogli wyprostować, leżeli, jęczeli. Ręce do tyłu i potem do góry. To robiono w Austriackim wojsku w czasie wojny światowej, jako kara na słupku.
Jedną z najgorszych rzeczy była stójka. W kuckach. Uciekł Wiejowski. Posadzili nas w kuckach. Nie wiem czy osiem czy dziesięć godzin byliśmy w przysiadzie. Ja nie wiem jak ja wytrzymałem.

– Czy był pan w szpitalu obozowym?
– Nie, raz byłem, ale w Gusen. Byłem chory wtedy, kiedy była inwazja.

Jak pracowałem u tych …..ten kapo to on pochodził z Alzacji Lotaryngi. On miał czerwony winkiel, a Alzacja i Lotaryngia to jest na granicy Francji i Niemiec. Mówił po francusku, mówił po niemiecku. On był naszym kapo. Wszystko zawsze było w porządku. Nigdy mnie nikt nie uderzył. Raz mnie tam pies pogryzł. On chciał, żebyśmy ostatni weszli do obozu. W ten czas nas nie rewidowali. W ostatniej chwili Mietek dał Michałowi butelkę i mówi daj Jankowi, bo jego nie rewidują. W ostatniej chwili. Czekamy, już wszyscy stoją już liczą. Dał mi ta butelkę wina. Idziemy przez bramę. Ciach, ciach, ciach. Dobrze, dobrze, dobrze, i potem lausztrift a od bramy do drzwi na bloku 24 jest dwadzieścia metrów to parę kroków i już tam jesteśmy, a tu zsuwa się ta butelka. Mokre poty mnie oblały i w ostatniej chwili decyzja buch do tych drzwi. Otworzyłem drzwi. Butelkę za te drzwi i na schody buta sobie poprawiam, a tu esesman za mną wchodzi. Nie połapał się, że ja schowałem ta butelkę. To by była śmierć. Ja zawiązuje buty a on mnie kopnął. Jakbym mógł to bym go pocałował (śmiech). Kopnął mnie, czerwony taki. Myśmy go nazywali ryża wiewióra. Rudy był i tak śmiesznie mówił (tu naśladuje). To było tak straszne. Takiego szoku dostałem, że do 1984 roku ja miałem jeden albo dwa na miesiąc sny. I tam czekałem na rozstrzelanie. Tak strasznie mnie to zaszokowało. Nawet jak teraz o tym mówię to to czuję.

– Zdarzały się w obozie samobójstwa?
– Niech sobie pani wyobrazi. Idzie dziesięciu ludzi czy dwudziestu z łapanki do ciężkiej pracy. Pracują dwa, trzy tygodnie. Potem jednego niosą, drugiego niosą. Jednego kapo zamordował czy utopił w sadzawce. I ten jeden czy drugi został i pytanie jest takie: nie czy mnie zabiją, ale, w jaki sposób umrę czy od łopaty, czy przyniosą mnie rannego, czy mnie kapo zabije, czy mnie będą szczuć psami czy rzucą czapkę i powiedzą przynieś tą czapkę i strzelali w ten czas. Takie zabawy sobie wymyślali. Nie wiem czy to powiedzieć czy nie. Chrystus cierpiał za nas i był bity i był ukrzyżowany straszliwą śmiercią, a ile tam było ludzi, którzy dniami, tygodniami, miesiącami dogorywali. Straszne cierpienie. Jeśli ktoś miał odwagę to nie robił w nocy tylko rano, bo jeszcze wieczorem ten chleb zjadł, jeszcze odpoczął i się wyspał, a rano było słychać paf tu tam. Szedł na druty i strzelali do niego. Trafić go trafił tylko czy go zabił od razu?
Tak samo jak oni maszerowali później z jednego obozu do drugiego. Jak człowiek już nie miał siły to upadał i wiedział, że go zastrzelą i decydował.
Jak były te awantury w Lidicach co, zastrzelono gubernatora Czech. Czesi zastrzelili gubernatora Czech. To był sławny esesman, który miał matkę Żydówkę, ale Himler mu powiedział zapomnijmy o tym.

Opowiem pani jak przeżyłem obóz. Przepraszam bardzo, że ja przeżyłem. Pojechałem do Noiengam w marcu 1943 roku. Michał Ziółkowski dał mi zegarek. Wsadziłem go do chleba. W ogóle można było mieć tylko pasek i chleb. W chlebie był zegarek. Tam do łopaty i do wózków. Tam był kapo. Dałem temu kapo ten zegarek i on mnie zrobił takim poganiaczem. Ja tylko pomagałem. Zawołał mnie później i mówi ty idź do łopaty do tego się nie nadajesz. Straciłem życiową szansę żeby być poganiaczem w obozie. Wielka tragedia (śmiech) z powrotem do wózków. Po dwóch tygodniach jak tam pracowałem w czasie pory obiadowej przychodzi ktoś i pyta czy jest tu ktoś z Tarnowa. Ja jestem. Ja znam kapo od murarzy. Ja ci znajdę lepszą pracę. 40 tysięcy ludzi tam jest. Tam gdzie ja siedzę przychodzi Tarnowianin i pomaga Tarnowianinowi. Wsadził mnie do cegielni. W cegielni sortowałem cegły jak wychodziły z pieca. Tam nie było dużo do roboty, ale trzeba było się kręcić, żeby nikt nie widział, że nic nie robisz. Bo jak nic nie robiłeś to cię psami szczuli. Pracowałem tam cały rok. Spokojnie się pracowało. Dwa dni temu Kuldanek umarł tu w Tarnowie, a ja jego rodzinę widziałem. On z obozu wyszedł z Mościć pochodził. Kuldanek i on mi ta pracę znalazł. Jak to wytłumaczyć. Jak wytłumaczyć, że mnie ktoś z Bunawerke do Porąbki wyciągnął.

3 maja wsadzono ich na statek i ten statek zatopili. Siedem tysięcy więźniów zginęło. W Noiengame siedem tysięcy więźniów. Tam nawet pomnik jest. Bo alianci zbombardowali, bo myśleli, że tam Niemcy są, a oni tam więźniów wsadzili i cały statek zatopili.

Tutaj parę lat temu był burmistrz Hamburga. On mówił na niemieckiej stacji, że Hamburg zbombardowali nagle. Kłamał, bo Anglicy i Amerykanie zapowiedzieli, że będą bombardować. I myśmy siedzieli, że o dwunastej w sobotę przyjadą. Myśmy siedzieli na krzesłach na bloku na rogu, bo ten nasz blok był na rogu. Blokowy i wszyscy czekaliśmy. Burza była. Jak się burza skończyła przyjechali Brytyjczycy w nocy i od dwunastej w nocy do trzeciej bombardowali. Wszyscy wiedzieli, ale jakże mogli ewakuować cały Hamburg. Widać było z daleka jak oni zrzucali bomby fosforowe. Wyglądało to jak choinki, bo to leciało bardzo powoli, powoli i one roztapiały asfalt. Ludzie się topili. trzy dni i trzy noce.
Potem do gruzów poszli ochotnicy. Dostali rękawice gumowe. Żołnierze, co znaleźli to mogli jeść.

W Noiengame był Pietrzykowski. Bokser nasz. On się boksował z esesmanem. Nie wiem, kto wygrał, ale bił w mordę esesmana.

Jana Pileckiego znałem jeszcze z więzienia. On w polskim radio pracował. Był dyrektorem działu nagrywań. Mówił po francusku. Delikatny, elegancki. On był elektrykiem i miał jakąś wpadkę i dali go do karnej kompanii. On znał wszystkich esesmanów, bo radia naprawiał. Potem został sekretarzem na bloku 11. on oryginalną książkę z egzekucjami przemycił do AK. Ja nie wiem czy on to robił, ale oni przed rozstrzelaniem pisali numer na nodze.

A jeśli chodzi o radio to też była taka jedna przygoda. Zorganizowano stację nadawczą w obozie. Garliński opisywał to w swojej książce. Był stacja nadawcza w biurze jakiegoś lekarza i ta radiostacja wydawała wiadomości w obozie. Niemcy szukali tej stacji, ale nie mogli jej znaleźć. Potem zlikwidowali ja więźniowie, bo Niemcy jej szukali, bo wszędzie wtykali nos i znajdowali inne rzeczy. To się nie opłacało, bo wiadomości są, ale niebezpieczeństwo dla całego obozu.

Prostytutki były w Noiengame. Prominenci ubierali się elegancko. Spodnie nosili trochę szersze. Takie marynarskie. To był szczyt elegancji.

Kiedy zatopili tych w Noiengame mnie wysłano do Mauthausen Gusen. Tam początkowo się blokowy do mnie przyczepiał. On mnie krzesłem w głowę uderzył, bo nie chciałem mu dać jakiegoś jedzenia. On był tym, co topił w beczce. Każdy obóz miał swój sposób zabijania czasu. Oni wołali kogoś do łazienki, łup go w głowę i za nogi i do beczki z wodą i topili tak.

Ktoś mi tam potem znalazł pracę przy wozie, a kapem tego był Kaziu Cykało. Kaziu Cykało miał sprawę gardłową. On był przyjacielem Alejskiego i Markiewicza. Władysław Markiewicz to był nasz socjolog. Jak tym wozem się jeździło to się dwie tury robiło. Przeważnie nie było więcej czasu. Trzeba było naładować te kartofle, wykopać, rozładować. Cykało miał taki mundur jakiegoś francuskiego oficera i jak przez bramę szedł i krzyczał los, los, los Zaidler tam był i zadowolone miał oczka jak to Polak goni Polaków.

W tym trzecim obozie w Gusen strącili samolot amerykański. Skoczyli ze spadochronami. Jeden był ranny i po polsku mówił. I był na rewirze i tam umarł. Tam tych wszystkich lotników wymordowali w kamieniołomie. To byli jeńcy wojenni. Wymordowali ich w ciągu jednego czy dwóch dni. Strącali ich ze skały. Zamordowali lotników amerykańskich.
Tam był jeden taki Amerykanin Pawlak się nazywał z Chicago. Po wyjściu z obozu ja byłem w wojsku. W Rinzu była Ósma Grupa Lotnicza. Wojna trwała z Japonią. Dali nam amerykańskie mundury i myśmy w nocy patrolowali to.
Myśmy byli w obozie, ale tam sformowali taka jednostkę strażniczą.
Pierwszą rzecz, jaką zrobiłem jak wyszedłem z obozu, jak już byliśmy wolni. Tam był kościół. Tam wszedłem. Moja pierwsza wizyta w austriackim kościele. Jak się wojna skończyła amerykanie pytali, co z nami zrobić. No to do Włoch. I ciężarówką przejechaliśmy do Włoch. Zawieźli nas do Predapio. Tam Mussolini pisał swoje pierwsze gazetki. On był dziennikarzem. Potem byliśmy w Rimini, w Moliano, San Georgio. Autostopem zwiedziłem Włochy. Florencję, Neapol, Rzym. W Turynie mieszkałem.

– Nie chciał pan od razu do kraju wracać?
– Mamusia mi napisała, żeby nie wracać. Jak byłem w obozie w Linzu napisała, żeby nie wracać. Jasiu nie wracaj jeszcze. Dobrze, że mój ojciec nie wrócił, bo on w wojnie bolszewickiej w 1921 roku, bo by go zabili wtedy. Wszystkich oficerów i wszystkich, którzy brali udział w wojnie bolszewickiej zabijali od razu.
W Turynie było pięknie. Nazywają go piccolo paridzi to znaczy mały Paryż. Tam była możliwość studiowania. Anders załatwił wszystko. Weszłam do Armii Andersa. Zgłosiłem się na chemię. Mieszkaliśmy w Turynie na takim wzgórzu, piękny budynek duży casa del ballila, a to jest taki faszystowski dla faszystowskiej młodzieży. W dole był park corso di Valentino. Tam się odbywały pierwsze wyścigi po wojnie. Skończyłem tam pierwszy rok. W szkole uczyłem się łaciny. Dosyć łatwo mi to przyszło.
Z Turynu wyjechałem do Anglii. Potem zachęcano do emigracji. Najtrudniej było się dostać do Ameryki, Kanady, Australii.
W Anglii byłem w Londynie siedem lat. Pracowałem różnie. W nocy w piekarni. Potem dostałem się do Magmilana. To wielka firma wydawnicza. Jedna z największych w Anglii. Teraz już nie istnieje. Tam się bardzo przyjaźnie pracowało. Magmilan miał prawa do Przeminęło z wiatrem, a potem jego brat został premierem Harold Magmilan.
Na Wielkanoc jak byłem na obiedzie to tam był Daniel Magmilan i premier. Celebrowałem z premierem Wielkiej Brytanii siedziałem.
Tam się ożeniłem z Angielką. Poznałem ją na lekcji tańca. Ona pracowała w Ministerstwie Skarbu. Była sekretarką jednego sekretarza. Ser Idi. Ministerstwo Skarbu miało trzech sekretarzy.
W 1955 roku pojechaliśmy do Kanady. Anglia się trochę załamała. Kanada oferuje więcej możliwości. Tam można się szybciej dorobić. W Kanadzie sprzedawałem encyklopedie, ubezpieczenia. Potem w fabryce pracowałem i w piekarni, a potem pracowałem przy kopalni uranu.
Mama była u mnie w 1960 roku. Pojechała Batorym. Jeszcze tam w bingo wygrała

Filmy