Zygmunt Sikora

Biografia
Zygmunt Sikora

Urodził się 31 marca 1922 roku w Poznaniu, jako syn Ignacego i Franciszki z d. Sytek. Rodzice prowadzili restaurację założoną jeszcze przed I Wojna Światową. W 1929 roku rodzina przeprowadziła się do Kielc, gdzie ojciec został kierownikiem w fabryce marmuru. Tam Zygmunt uczęszczał do szkoły im. Stanisława Kostki. Od najmłodszych lat interesował się fotografią. Po ukończeniu szkoły powszechnej naukę kontynuował w szkole fotograficznej. Później pracował w żydowskim zakładzie Foto Rembrant. Po wybuchu wojny trafił do Narodowych Sił Zbrojnych. Poszukiwany przez gestapo uciekł do Krakowa, gdzie pracował w zakładzie fotograficznym Foto Woźniak w Rynku Głównym. W 1943 roku aresztowany, po przesłuchaniach trafił do KL Auschwitz-Birkenau z numerem 137571. W obozie osadzony został w bloku B w KL Birkenau. Przez pół roku pracował w komandzie budowlanym, później m.in. w magazynie i na kuchni. W grudniu 1944 roku przewieziony został do Buchenwaldu, gdzie przebywał do wyzwolenia.
Po wojnie prowadził zakład fotograficzny. W latach 1946-47 zakładał klub motorowy w Kielcach oraz sekcję bokserską. Był członkiem kadry narodowej w sportach motorowych – dwa razy zdobył mistrzostwo i cztery razy wicemistrzostwo Polski.

Relacja

– Ja jestem z zawodu fotograf. Pierwsze z takim kolegą jak wróciłem w 45 roku wydzierżawiłem ten zakład pożydowski. Później otworzyłem na ulicy Staszica i tak do dziś dnia jest zakład. U mnie do zakładu to się w kolejce stało.
Byłem dwa razy mistrzem polski, cztery razy wicemistrzem Polski w sportach motorowych. Byłem w kadrze narodowej w latach pięćdziesiątych.
Kiedy wróciłem z obozu założyłem sekcję bokserską. Pierwszy mecz w Kielcach był w 1946 roku, a tu (zdjęcie) są koledzy, którzy przeżyli Oświęcim – Bogdan Baran, który razem ze mną był wywieziony i brat jego Stasiek. Przez to założyłem sekcję bokserską, bo oni w Oświęcimiu walczyli. Pokazówki między Niemcami robili. Przez to dostali się do lepszej pracy. Jeden zaraz został sztubowym.

– A szable? (zdjęcie)
– Koledzy dają mi za sześćdziesięciolecie pracy w sporcie.
UB w komunie chodziło i sprawdzało. Moi rodzice, gdybym ja nie wrócił to by nie żyli. Kiedy wróciłem do Kielc to domu już nie było. Ub aresztowało ojca, mamę. Jak wróciłem mam siedziała tu jeszcze w więzieniu. Ojca wywieźli do Lublina. Szykowano go do Rosji. Jak wróciłem poszedłem od razu do prokuratury, do głównego prokuratora województwa kieleckiego. Wchodzę, a tam kolega z Oświęcimia. Wszystko mu opowiedziałem i w ciągu dwóch tygodni ojciec był znów w domu. Mamę odbili, bo było odbicie więzienia. Wyjechali z Kielc na zachód. Potem ich ściągnąłem.
(zdjęcie) Mój syn, adwokat, jechał Paryż Dakar. Pierwszy polak, który jechał Paryż Dakar

– Pan pamięta te wypadki kieleckie tutaj 1946 roku, pogrom Żydów?
– Tak. W tym czasie zatrudniałem nawet Żyda u siebie
(jakaś przerwa w nagraniu) wojewody nie było, komendanta nie było. Wszyscy się poumywali. Nikogo nie było. I dlatego to się stało. Przecież było tutaj wojsko. Wystarczyło, żeby przyszło tylko kilku policjantów i wszystko by było skończone. To wszystko było zaplanowane i zaplanowane przez Żydów po to, żeby Żydów zmusić do wyjazdu do Palestyny. Ja akurat wtedy tam byłem, bo byłem w sporcie. Zakładałem klub jeden, drugi. To był klub przy policji. Miałem do czynienia z komendantem, ale jak przyszło do tego to jego nie było. Dopiero jak w południe przyjechało KBW z Krakowa.
Miałem znajomego wydziału śledczego, pan Sendek. On był kierownikiem wydziału śledczego, a komisariat policji był po drugiej stronie na ulicy Sienkiewicza. I widziałem jak dwóch policjantów z nim tam szło.
Poszła plotka, że Żydzi zamordowali chłopca. Ludzie się zbierali, weszła policja, tam mieszkali wszyscy ubowcy. Oni też mieli wszyscy broń. No i tam się zaczęła jakaś strzelanina.
Ludzie w fabryce Ludwików, tam parę tysięcy ludzi pracowało. Przerwę obiadową zrobili. W tej przerwie obiadowej wszyscy się zebrali, bo tam zginął chłopiec. W ten czas się zaczęła ta masakra.
A ten Żyd u mnie był. Spał u mnie na stole. Po dwóch dniach wszystkich Żydów, co mieszkali w Kielcach zebrali do jednego budynku. W między czasie przyszli do mnie moi koledzy. Wiedzieli, że on u mnie pracuje. Dawaj Zygmunt tego Żyda. Ja im won stąd. Ja przeżyłem Oświęcim. Wiem, co to jest. Wyrzuciłem ich z zakładu. Na drugi dzień zadzwoniłem do Ub, że u mnie pracuje Żyd. Przyjechał. Taka łachudra, brudny. Gdzie ten Żyd jest? Jest na piętrze. Tam były takie duże schody to nie wchodził tylko wołał wychodź stamtąd i zabrał go. Pracował jeszcze u mnie. Potem wyjechał do Wrocławia. To był Żyd Rosyjski. Biedny. Tam dostawali paczki amerykańskie. Prace mu nie raz wysyłałem. Nieraz sam mu zawoziłem. On mi robił robotę, a potem wyjechał do Palestyny. Swojego czasu dowiedzieli się w Szwecji ja i moi koledzy, którzy już nie żyją na temat tego pogromu wywiadu u mnie udzieliłem i w Szwecji puścili. Zadzwonił kolega z Francji. Zygmunt ja cię widziałem w telewizji. W między czasie miałem kolegę, który w sporcie był w prasie pracował. Był w kontroli prasy. Dzwoni do mnie. Mówi Zygmunt uważaj, bo ub do ciebie przyjdzie na pewno. Wyświetlali ten film, żeś ty świadkiem był.
Całe szczęście, że tego, co o ub mówiłem tam nie było. Moją żonę też aresztowali przez własną głupotę. Wtedy wszystkich kupców, krawców aresztowali, jako zakładników po tym pogromie. Żona poszła. Koleżankę męża zamknęli. Widomo gdzie oni siedzą. Ona posłała mu jakieś paczkę. Mówi chodź pójdziemy się dowiemy czy on dostał tą paczkę. Tam było wszystko obstawione na około. Patrzy a tu z tyłu policja. Ręce do góry. Wzięli ją. Trzymali ją cały dzień. Żona miała koleżankę Żydówkę, znaczy Żydówkę – ojciec Polak, oficer przed wojną, a matka była Żydówką – bardzo piękna kobieta – ona też przeżyła okupację. Mąż chodził i hulał, a ona się postrzeliła i na wózku jeździła i całą okupację przeżyła.
Z tą koleżanką razem do szkoły chodził. Powołała się na nią kiedy ją ub aresztowało, że żona nadawał szyfrem do tych zakładników. Sprawdzili ich i ją wypuścili.
Łapanki były normalne. Jak kogoś złapali wywozili za miasto. Łapanki były do Niemiec do roboty.
Mam kolegę takiego, co w moim transporcie był. Żyje. Nie będę mówił, kto. On opowiadał, że był w Oświęcimiu królikiem doświadczalnym. Jak przeczytałem to wszystko w gazecie to pomyślałem rany boskie on zwariował. Z kwarantanny wzięli go na królika doświadczalnego, ale wrócił z powrotem na kwarantannę. Kto wyszedł na królika doświadczalnego nigdy nie wracał. Czytałem to i myślałem ty idioto.
Miałem kolegę Tokarski się nazywał. Jego dużo później aresztowali. Jego wzięli na królika doświadczalnego. Faktycznie był. Przeżył. Dostał duże odszkodowanie, bo to udowodnił.
(przerwa) On tam pracował przy murarzach. W ten czas robili tam koszary. On był w Oświęcimiu przez pół roku. Nie powiem, kto wyszedł. Wyjątki, wyjątki na palcach można policzyć jak komuś się udało, no chyba, że uciekł. On pracował w komandzie budowlanym. Po pół roku wypuścili go stamtąd. Co to był za więzień. Co on może gadać. Każdy, kto na niego patrzył to patrzeć nie mógł na niego. Przykro było. Tutaj wszyscy żeśmy za tej komuny siedzieli, a on studia w Niemczech skoczył. Profesor. Dziesięć lat wykładał w Niemczech. W gazecie wyczytałem. Mądry z niego człowiek, ale z niego taki więzień jak ksiądz.
Ja byłem w Oświęcimiu od 1943 roku do końca. Stamtąd 5 grudnia 1944 roku wywieźli nas do Buchenwaldu. W styczniu było już wszystko wolne. Amerykanie tam weszli w kwietniu.
8 maja o drugiej popołudniu zostałem wypuszczony.
Kobiety miały ciężko. Wiem, bo visa vi był obóz kobiecy. To była makabra, co się tam działo. Jak my wstawaliśmy o szóstej, a kobiety o piątej. Słychać było krzyki, jak je leją. Jak w błoto wpadła to już z tego błota nie wstała. Tak umarła w tym błocie. Ja podziwiałem kobiety.
W Oświęcimiu nie powtarzali numerów, a w Buchenwaldzie byłem już trzeci. Jak ktoś zmarł. To już dwóch przede mną umarło i dlatego taki niski numer mam. Byłem teraz w Buchenwaldzie dwa razy. Na pięćdziesięciolecie i sześćdziesięciolecie. Zaproszenie wysłali. Mało tego pokryli wszystkie koszty. Tam miałem spotkanie z młodzieżą. Jak im to opowiadałem to sam się zastanawiałem jak można było przeżyć.
– Nazywam się Zygmunt Sikora. Urodzony 31 marca 1922 roku w Poznaniu. Przed I wojną światową ojciec się ożenił i prowadził w Gnieźnie swoją własną restaurację. Ojciec nazywał się Ignacy Sikora. Mama z domu Sytek Franciszka. Mama od początku razem z ojcem prowadziła restaurację. Jak wybuchłą I wojna ojca wzięli do wojska niemieckiego. Był pod Werden nawet. W między czasie mama nie była w stanie prowadzić zakładu, bo była sama. Urodziła się moja pierwsza siostra Janina i mama zajmowała się tylko dziećmi. Ojciec przeżył
wojnę. Został w wojsku do 1929 roku. Pracował w żandarmerii. Miał różne funkcje. W 1929 roku z wojska poszedł na emeryturę. Zaczął pracować w radiu polskim w Poznaniu. Długo tam nie pracował, bo spotkał swojego dowódcę, który już też był emerytowany. Kupił w Kielcach fabrykę marmuru i namówił mojego ojca żeby pojechał do Kielc. I tak od 1929 roku ojciec był kierownikiem tego zakładu pracy marmuru, który do dziś dnia jest czynny w samym środku Kielc. Do wojny był tam kierownikiem. Potem ktoś inny kupił zakład i ojciec został zwolniony. Zaczął pracować w fabryce świec. Znowu znajomy mojego ojca otworzył fabrykę świec do samolotów.
Ja w tym czasie chodziłem w Kielcach do szkoły Konarskiego, do szkoły Stanisława Kostki. Skończyłem szkołę podstawową i poszedłem na praktykę do pani Bonikowskiej (?). Skończyłem praktyki. Poszedłem do fotograficznej szkoły zawodowej w Kielcach. Ojciec akurat miał znajomych. Był jeden jedyny zakład fotograficzny w Polsce w Kielcach. Prowadziła go Polka, pani Bonikowska. Potem do wojny pracowałem w żydowskim zakładzie Fotorembrant. Wybuchła wojna.

– Jak wyglądał wybuch wojny, tu w Kielcach?
– Jak wybuchła u nas wojna wojska zaczęły wywozić wszystko na front. W ciągu niecałego miesiąca Niemcy byli już w Kielcach. Parę razy były bombardowania. Pamiętam jak w którąś niedzielę spadły pierwsze bomby na stację w Kielcach. Wszyscy pouciekaliśmy do piwnic. Po bombardowaniu poszedłem zobaczyć, co się stało. Szedłem prosto ulicą Sienkiewicza, to jest główna ulica w Kielcach i faktycznie zobaczyliśmy zbombardowaną stację. Przypadkowo zaangażowano nas, żeby ranny przenieść. Wiem, że nieśliśmy taką kobietę do szpitala na ulicę Aleksandra. Widziałem po raz pierwszy bombardowanie. Straszne rzeczy. Nogi pourywane. W szpitalu prosili, żeby rannych pomóc przenosić, ale tego nerwowo nie wytrzymałem. Prędko uciekałem stamtąd, bo nie mogłem patrzyć, co tam było. Po kilku dnia robiono mobilizację, żeby bronić Kielc. Mieliśmy się zbierać na ulicy Wojskowej tam gdzie była policja. Ja tam poszedłem.
W tym czasie pozabierano Żydom wszystkie zakłady. Ja pracowałem w zakładzie Fotorembrant. Wciągłem tam swoich kolegów. Niemcy nosili różne zdjęcia do kopiowania – z aresztowań, z rozstrzelań, zdjęcia, gdzie wsie palili. Kiedyś wyszedłem, żeby cos załatwić, a kiedy wróciłem koledzy mi powiedzieli, Zygmunt uciekaj, bo tu gestapo po ciebie było. Nie namyślając się dużo pojechałem do Krakowa, żeby ślad za sobą zgubić. W Krakowie pracowałem w zakładzie Fotowoźniak w rynku. To był jeden z większych zakładów. Tam pracowałem z pół roku. Pół roku ślad za mną zaginął. Wróciłem. Jak wróciłem pracowałem u pana Kąciaka, a stamtąd wzięli nas do Bałdysu. To była taka kompania robocza. Rok czasu byłem w Bałdysie, a stamtąd jak uciekłem poszedłem do partyzantki. Byłem we włoszczowskim narodowych siłach zbrojnych. Co jakiś czas przyjeżdżałem do Kielc. Jednego dnia jak przyjechałem na jeden dzień do domu. Przyszedł do mnie jeden kolega i pyta czy jestem w partyzantce. Ja mówię, że tak. Może byś nas wciągnął. Mówię, czemu nie. My tu jesteśmy zorganizowani, ale nie mamy konkretnie gdzie. Może byś do nas poszedł. Wiedziałem, gdzie mają swoją melinę, bo ja to znałem od małego chłopca. To było przy fabryce marmuru. Przed druga poszedłem z nimi. To jest na Rogatce Kieleckiej. Tam była taka przejściowa brama. Kiedy weszliśmy w tą bramę to ni stąd ni zowąd a ja mam już lufę przy plecach.
Idź po dorożkę. Poleciał, bo to blisko było. Dorożkarzowi kazał zejść. Kazał się zgłosić do gestapo po tą bryczkę. Wsadzili mnie do środka i tak zawieźli na gestapo. Tam był już aresztowany jeden mój kolega. Stał na dyżurce pod ścianą. I było takie okienko. Bez przerwy tamtędy wchodzili. To pchali kogoś to puszczali i tak ktoś puka w okienko. Ja powoli się odwróciłem. Patrzę, a tu ten mój kolega kładzie rewolwer i wchodzi. On współpracował z gestapo. Był konfidentem.

– Dlaczego pan trafił do narodowych sił zbrojnych?
– Kolega mnie wciągnął.

– Jaki miał pan pseudonim?
– Nie miałem pseudonimu. Byłem Zygmunt. Składałem przysięgę.

– Czy przed wojną był pan związany z ruchem narodowym?
– Nie. Człowiek był młody. Więcej sportu praktykowałem – piłka nożna, boks. W czasie okupacji też graliśmy w piłkę. Graliśmy, jako Kielce. Jeździliśmy na mecze po powiatach.

– Czy w ramach NSZ miał jakieś zadania specjalne do wykonania?
– Przede wszystkim mieliśmy uspokoić wójtów, rolników. Wieczorami odpowiednio ustawialiśmy wójta. Dostawał parę batów po siedzeniu. Niszczyliśmy akta gminy, żeby wszystko pogubić, żeby bałaganu narobić, żeby chłopów tak nie gnębić. Do wody, żeśmy to wrzucali, niszczyliśmy to. Mieliśmy karabiny ukryte u chłopów. Kiedy szliśmy na akcję, szliśmy z bronią.
Wszystkich nas aresztowali.
Było ich czterech. Był Janiszewski, Strokowiec (?), Kwieciński i D (L)aszkiewicz.(?)
Jak wróciłem już po wojnie to mi tata mówił, że po miesiącu jak już mnie wieźli do Oświęcimia to przyszli z AK i powiedzieli: Panie Sikora ci, co pana syna wpakowali to już nie żyją. Jednego zastrzelili w parku, jednego powiesili we Włoszczowie w lesie, jednego sprzątnęli w Częstochowie, a jeden przeżył. Były na niego zamachy. Postrzelili go. Był kulawy. I też jak wróciłem to się dowiedziałem, że jego rozpoznał taki kolega tu. Wiedział, że on był postrzelony. W Wałbrzychu go spotkał. On był konduktorem. Poszedł na policje. Jego aresztowali, ale jakimś cudem uciekł z więzienia. Ślad po nim zaginął.

– Jak wyglądało pana przesłuchanie?
– Trzy razy brali mnie na przesłuchanie. Niczego się ode mnie nie dowiedzieli. Po sześciu tygodniach wywieźli nas do Oświęcimia wszystko po kolei. Transport się odbył w ten sposób, że pospisywali nasze nazwiska. O 9 rano w niedziele nas wyprowadzili. Prowadzili nas ulica Kapitulną, Solną, Równą do Żelaznej na stacje. I na stacji czekaliśmy na transport do Oświęcimia. Do Oświęcimia jechaliśmy całą noc. W czasie transportu była strzelanina. Ktoś uciekał. Przed nami z wagonu pouciekali. Siedzieliśmy w bydlęcych wagonach. Wśród tych uciekających był nasz komendant. On uciekł. On to zorganizował.
Przyjechaliśmy na stację. Rozładowali nas. Piechota gnali nas ze stacji, bo wtedy nie było jeszcze wjazdu na Brzezince. Wtedy nie było tej łaźni, która teraz jest tylko łaźnia na kobiecym oddziale. Tam rano nas wszystkich – rozbierać się, golić itd.
Z wagonu nieśliśmy jednego kolegę. Tak Niemcy go pobili, że nie mógł chodzić. Nieśliśmy go do obozu. Jak były apele to stawialiśmy go. Wszyscy musieli stać. Po dziesięciu żeśmy stali. Kiedy Niemiec obliczył tośmy go opuszczali. W końcu zgłosił się do szpitala. Przeżył i mało z tego jeszcze tam pracował. Z jednego obozu żywność przywozili do szpitala więziennego i on był tym konikiem. On już nie żyje. Jego aresztowali, bo przy sobie miał gazetkę podziemną.
Innego mojego kolegę, który też przeżył Oświęcim tez złapali z gazetką. Połamali mu w drzwiach palce, spalili mu cały brzuch. Jak go tu przywieźli to prawie jego jelita było widać. On się od razu zgłosił do szpitala. Udało mu się przeżyć. Pracował w Oświęcimiu na poczcie. Sortował paczki. On się nazywał Zdzisiek Zdybek. Jak wrócił po wojnie, bo on był lotnikiem, pracował w fabryce samochodów.
Na kwarantannie tez miałem przeżycie pierwsze. Przywieźli transport z Warszawy. Na apelu brakło kilku więźniów. Niemcy zaczęli się wściekać. Co się stało. Zaczęli szukać blokowych, sztubowych, może gdzieś ktoś się ukrył. Sami pojechali na łaźnię. Może się pomylili, bo tam część jeszcze była na łaźni. Znaleźli ich w między czasie. Pochowali się. Zaczęli ich mordować. Visa vi mnie, bo ja stałem w pierwszym rzędzie po dziesięć osób. W każdym bloku było po czterysta osób. Ja stałem pierwszy. Niemcy kijami po głowie, jak świnie bili. Blokowymi przeważnie byli Niemcy. Był tylko jeden Polak. To był najgorszy łobuz, jaki mógł być. Kryminalista. Mścił się na nas o byle, co. Bił nas. On tam pokazał. Widziałem jak na ziemi leży jeden. Ledwo się rusz. On wziął taki stołek niemiecki, wziął kij, położył na tym i tak huśtał się na jego gardle. Mietek było na imię temu blokowemu. Jego później wykończyli. Ta organizacja więźniów jakaś była. Z Niemcami się dogadywali, przekupywali ich. Kombinowali więźniowie. I potem po kolei takich bandytów to wysyłali, a za nim szła od razu wiadomość, że to jest taki, a taki i tam go wykończyli.

– Jak długo był pan na kwarantannie?
– Sześć tygodni. Na kwarantannie najgorsze było to, że trzeba było stać. Staliśmy w dziesiątkach po kilkanaście godzin. Jak było mokro i chłodno to jeszcze, jako tako.

– Mieliście swoje ubrania?
– Mimo tego, że jestem duży dostałem duże spodnie, marynarkę taką dużą miałem, że mogłem się owinąć, z takiego grubasa. To było całe szczęście, bo spanie nasze tak wyglądało: deski były i nic więcej. Nie było skarpetek, ani butów, spodnie, majteczki damskie – komu jakie się trafiły, pseudo koszula, marynarka i spodnie. Wieczorem po apelu jak nas gonili to zawiązywałem sobie spodnie na dole, żeby było cieplej, a tą dużą marynarka przykrywałem się. Na pryczy spało nas sześciu. Jak się któryś chciał obrócić na drugi bok to trzeba było uważać i lekko się podnieść, bo inaczej te deski człowieka uszczypały. I tak całą kwarantannę przez sześć tygodni na deskach, żeśmy przeżyli nie mając nic. Nie mając koca, nie mając nic. Tak wyglądała kwarantanna.
Prycze były trzy piętrowe. Do dziś tam są. Moja prycza nawet jest. Ja byłem na ósemce inaczej na…? Na ósemce byłem u tego Polaka. Najlepszego blokowego w Oświęcimiu (śmiech), a to bandyta numer jeden był.
Na kwarantannie tez miałem taką przygodę. Jakeśmy stali tak godzinami i przeliczyli już wszystkich przydałoby się gdzieś ukryć. Szedłem do bloku położyć się, odpocznę sobie trochę. Ni stąd ni zowąd wołają mój numer. Po polsku, po niemiecku. Pierwszy raz cos podobnego zrobiłem. Zawsze stałem, a teraz jak się schowałem. Białej gorączki dostałem. Nie ma go nigdzie. Może w ubikacji jest. W końcu blokowy mówi: zobaczcie czy gdzieś tu na pryczach nie leży. Wyszedłem. Myślałem, ze to już mój koniec. Okazało się, że w centralnym obozie w Oświęcimiu potrzebowali fotografa. Tam był jakiś fotograf, ale zachorował. Wprowadzili mnie na dyżurkę. Zameldowałem się. Niemiec jechał na rowerze, a ja szedłem obok. Tak mnie zawiózł do Oświęcimia. Po dwóch dnia tamten wrócił z powrotem, a mnie z powrotem przyprowadzili na obóz. Tyle skorzystałem na tym, że dostałem porządną koszulę (śmiech).

– Jak wyglądała pana praca przez te dwa dni?
– W ciemni pracowałem. Wykonywałem amatorskie zdjęcia Niemców. Niemcy przynosili mi swoje zdjęcia. Oprócz tego przyprowadzali całe rodziny i się fotografowali. To był normalny zakład, gdzie tylko Niemców się robiło, a że Niemcy lubili się fotografować to tej roboty było pełno. Zakład się mieścił w środku w obozie tylko było pooddzielane tam gdzie były biura obozowe. Tam pracowali normalnie więźniowie. Każdy elegancko ubrany. Była też apteka, w której pracowali więźniowie. Kolegę tam miałem – Jasiu Sikorski, aptekarz. Dużo pomagał, lekarstwa kradł i kombinował.
Po kwarantannie przewieziono mnie na blok B w Brzezince. Tam pracowałem przez pół roku w komandzie budowlanym. To była bardzo ciężka robota. Tam nie można było stanąć na chwilę. Tam pracować trzeba było cały czas. Paczki przychodziły raz na miesiąc, więc jakoś można było przeżyć. W paczkach najważniejsze było to, że można było w nich przesłać pięć deko tytoniu. A tytoń w obozie to jak lekarstwo. Człowiek wszystko, co chciał za tytoń miał – ubrania, żywność. Potem zachorowałem. Jak się chodziło do pracy to jak się wracało do obozu trzeba było przynieść kamień. Coraz gorzej się czułem. Było mi wszystko jedno czy się zgłoszę, a wiadomo było, że jak człowiek szedł do szpitala to 90% już nie wracało. Do krematorium. Trafiłem na dobry humor lekarza, bo jak była za niska gorączka to człowiek jeszcze baty dostawał. Nie miałem tam za dużo, bo miałem 38 z czymś, ale popatrzył na mnie. Zostawił mnie. Za drugi dzień nie poszedłem do pracy. Gorączka spadła, ale jak się nie poszło do pracy to w obozie trzeba było sprzątać, zamiatać, ale dobrze, bo się z tego komanda budowlanego wyrwałem. Była już zima. Udało mi się dostać do takiego Komana, że pod dach. Przez jakieś trzy miesiące tam pracowałem. Całe szczęście, bo zima była mocna.

– Co to było za komando?
– Takie komando, które przewoziło z frontu różne rzeczy i to wszystko myśmy rozbierali. Potem znowu mi się udało, bo wszystkich Żydów, którzy mieli jakieś funkcje na warsztatach, magazynach musieli zdjąć. Na te miejsca szukali innych więźniów. I było ogłoszenie, że kucharzy szukają. Zostałem kucharzem. Na drugi dzień przechodziliśmy wszystkie badania, które trwały kilka dni. Mam te badania do dziś przesłane z Czerwonego Krzyża.
Na kuchnie się jednak nie dostałem, ale przypadkowo się zdarzyło, że dostałem się do komanda, które przyjmuje z wolności transporty wszystkich więźniów politycznych. Dwudziestu nas tam było. Naszym zadaniem było przyjmowanie transportów. Spisywaliśmy wszystkie dane więźnia, ubrania kładło się w workach i przechodziły dezynfekcję. Wszystkie ubranie wisiały i musiały być konserwowane. Co jakiś czas te worki braliśmy. Przeglądało się je, żeby jakieś robactwo się tam nie dostało. Nawet swoje ubranie miałem możność tam zobaczyć. Tam pracowaliśmy, aż przyszedł front.
W między czasie jak byliśmy w tej łaźni, gdzie parę metrów od tego było krematorium I, II stare, a to drugie było nowe, bo tam dalej gdzieś jakieś 400 metrów. Wtedy zaczęły przychodzić transporty – z Węgier, Słowacji i to wszystko się na naszych oczach działo. Selekcja na rampach była. To wszystko myśmy widzieli.

– Jak wyglądała taka selekcja?
– Przyjechał transport. Niemcy wyrzucali wszystkich. Każdy z tym swoim dobytkiem, bo przyjeżdżali z całym majątkiem. Esman stawał i oni wybierali młodych ludzi do roboty na obóz, a starszych i dzieci tez osobno. Prowadzili ich od razu do gazu. W roku 1944 dziennie przyjeżdżały dwa transporty. Krematoria nie dawały rady, poprzepalały się, nie dało się ich wyremontować. Wykopano, więc doły długości mniej więcej 50 metrów lub więcej. Szerokości miały do 10 metrów. To jak gazowali to potem ich wrzucali do tych rowów. Drzewo, trupy, drzewo, trupy. Ropa do polewali i podpalali. To się paliło dzień i noc. To wszystko widzieliśmy. Mało z tego widzieliśmy jak przyjeżdżała sanitarka, przyjechał Niemiec, zakładał maskę. Było takie okienko. Otworzył je, gaz wsypał, zamknął, zdjął maskę. Po pół godziny otwierali drzwi. Te trupy wylatywały, bo ludzie się na te drzwi rzucali.
Przyszedł transport z Czechosłowacji jak nigdy. Wzięli nas, żebyśmy przyjęli ten transport. Poszliśmy tam, żeby zabrać ich rzeczy i ni stąd ni zowąd, jakeśmy wracali alarm. Nalot. Światło zgasło. Tylko te doły się paliły i zobaczyłem jak wrzucają te trupy do ognia. Widziałem jak podniósł dziecko małe i wrzucił do ognia. Wszystko się działo na naszych oczach. Nieraz jak prowadzili do krematorium, oni musieli przejść przez nasz obóz. Nieraz nas wzięli do pilnowania, żebyśmy pilnowali, żeby nikt się nie rozszedł. A dlaczego? Jeden Niemiec prowadził ich z przodu, drugi z tyłu. Szły kobiety z dziećmi. I do łaźni. Rozbierały się dosłownie na trawie. Esmani sobie stali a ci Żydzi z Zonderkomando ganiało, zamykało drzwi, przyjechał Niemiec, wrzucili gaz i tak bez przerwy.
Druga rzecz. Grałem tam w piłkę nożną. Nas było około czterdziestu. Byli tam zawodnicy z Krakowa, a Niemcy celowo tak robili, żeby pokazać transportom, które przyjeżdżały, że tu jest tak dobrze. Na zapleczach szpitala było boisko i tam od czasu do czasu ubieraliśmy się w sportowe ubrania, szliśmy do tego szpitala i tam żeśmy grali. Propagandowo to było robione, żeby pokazać jak dobrze jest w Oświęcimiu.

Był u nas taki jeden Wiedeńczyk. Fajny esesman. Jego potem wzięli za karę do krematorium. On był z zawodu aktor. Nieraz między nami „najeżdżał” na Niemców i mówił nam, że ja tu jestem tylko po to, żeby nie wywieźli mnie na front.

Przyjeżdżali codziennie i raport robili. Musieliśmy się ustawić i liczono czy się zgadza. Co wieczór sprawdzali czy wszyscy są. Któregoś dnia przyjeżdża esman i czyta numery. Wyczytuje nas dziesięciu. Między innymi ja, kolega Kierski. Jak tak wyczytują to wiadomo, że albo krematorium, albo szubienica. To ten nasz, co to komando miał powiedział: poczekajcie ja się pojadę dowiedzieć, o co tu chodzi. Pojechał motorynką. Przyjechał i pokazuje nam tylko rękami, ze nie wiem, co jest. Skończył się apel. Po kolei wyczytują numery. Stajemy przed komendantem. Przed Hessem każdy melduje swój numer. On każdego zmierzył z dołu do góry. I w końcu ten kolega Kierski, jego nieraz Niemcy wzywali, bo on grał na fortepianie, na harmonii. On nieraz im grał jak pili. Jak oni się tam bawili nieraz to niego przychodzili Bolek harmonia gra. Ten na niego tak patrzy i pyta: a ty Bolek, co tu robisz? Ja nie wiem odpowiedział. Po tym wszystkim nas wszystkich wrócili do komanda. Dogadujemy się. Ukraińcy wszystkich takich aktywnych, którzy się udzielali więcej skapowali, że my tutaj robimy robotę przeciwko Niemcom. Kiedy się dowiedzieli, że to Ukraińcy. U nas było kilku Ukraińców. To niektórzy to uciekali w transport, bo wcześniej czy później, albo krematorium, albo niewiadomo, co. Szczęściem jak nas wywozili, myśleliśmy, że nas wykończą, bo myśmy za dużo widzieli. Przecież wszystko było na naszych oczach, ale jakoś się udało. Do Buchenwaldu nas wywieźli. Ja stamtąd uciekałem. Buchenwald to był obóz komunistyczny, a ja nie byłem z jednej gliny i nie miałem tam nic do szukania. Kto chce transport. Zgłosiłem się.

Jak już się front zbliżał to nas ewakuowano. Pewnego dnia samoloty amerykańskie już latały nad naszymi barakami. To już koniec wojny. To nas wzięli i ewakuowali. Sześćdziesiąt kilometrów od Buchenwaldu. Tam z powrotem w wagony. Do końca wojny było nas siedemdziesiąt wagonów, a z tych siedemdziesięciu zostało trzydzieści. Albo z głodu się poumierało, albo normalnie Niemcy nas porozstrzeliwali, bo myśmy byli w odkrytych, francuskich, żelaznych. Co jakiś czas nas wypuszczano z tych wagonów. Tam do końca wojny w tych wagonach udało się przeżyć.

8 maja o drugiej weszli, a ja byłem tak wykończony, że nie nadawałem się do niczego i tylko dzięki Bogu dostałem się zaraz do szpitala. Prawie dobry miesiąc byłem w tym szpitalu. Odżyłem tam. Na diecie. Bo człowiek nie był chory tylko wycieńczony. Stamtąd mieliśmy drogę albo w tą stronę albo w ta stronę. Ja mówię jadę do domu i razem z moim kolegą było takie zaświadczenie z jego numerem obozowym i na tym kwitku, aż do Kielc dojechali.

– Czy po wojnie poszedł pan do jakiś szkół czy prowadził zakład?
– Po wojnie siostra mnie ubrała. Po tygodniu znajomi dowiedzieli się, że ja wróciłem. Taki znajomy prowadził zakład i przyszedł z żoną czy bym nie pracował, bo mieli pracownika i uciekł, pojechał na zachód, a oni mieli tylko zakład a nie mieli fachowca. No i poszedłem. Po dwóch trzech miesiącach oni wyjeżdżali na zachód, bo tam znaleźli jakiś interes. Wydzierżawiłem od niego ten zakład. To był jeden z lepszych zakładów przed wojną. Żydzi przed wojną w fabryce Orion, jako pierwsi produkowali materiały fotograficzne – klisze, papier, a jeden syn prowadził to. Potem, kiedy właściciel wrócił musiałem opuścić zakład.

Co było jeszcze w obozie najgorsze. Co miesiąc odbywało się odwszenie. Tam nie brakowało – pchły, wszy, pluskwy. Wszystko tam było. Co miesiąc przez parę dni fryzjerzy nas szczygli. W nocy po kolei budzili nas. Ubrania trzeba było wrzucić do takiej kadzi. Potem mycie. Była taka niecka. Tam był płyn, chlor. To tym chlorem, taką brudna ścierą się myło i potem pod natrysk, a natrysk to gorąca woda, zimna, gorąca woda, zimna. Staliśmy boso i nago na zewnątrz, bo baraki były pozamykane bo robiono dezynfekcję. Potem całą noc każdy musiał wziąć jedną rzecz – swoją nie swoją, wchodziło się na dach, żeby to spłynęło, żeby to wyschło. Nago siedzieliśmy w tych majtkach, skuleni jeden przy drugim nieraz parę dni, bo jak padało to nie chciało to wyschnąć. Jak nie chciało wyschnąć to zdejmowaliśmy te rzeczy z dachów na tych barakach. Przynosili drzewo, węgiel i grzało się i na tych piecach się suszyło po kolei te ubrania. W ten czas każdy swoje, bo każdy miał numer. Ubierało się to i na rano do roboty znowu.
Widziałem sceny jak kobiety wieźli do gazu. Nas do roboty gonią, a je wiozą porozbierane, skóra i kości. Nic więcej nie ma. Stoją albo leżą w „wrotkach” ? takich, co się wozi piach, żelaznych. Zima i wiozą je do gazu. Kiedy je dowozili nie schodziły, włączył i jak piach spadło do krematorium. To jest makabra. Jak krzyczą jak jechały. To jest makabra. Człowiek nieraz sobie mówił przecież tyle ludzi było nie mogli się jakoś skrzyknąć. Każdy dochodził do wniosku, że dobrze, że trzyma się ziemi. Wystarczyło, żeby go dotknąć a on się przewrócił. Człowiek jak usiadł to zanim się podniósł to musiał się dobrze trzymać, żeby się podnieść, żeby się nie przewrócić. No, ale trudno. Jak się dostało kawałek chleba mniej więcej 20-25 dk do tego taka maleńką margarynę jak dziś podają w restauracji, albo plasterek kiełbasy końskiej, albo nic, albo marmoladę. To było całe jedzenie, a na wieczór litr jakiegoś gnoju, bo inaczej o tym nie można powiedzieć. Liść gotowany z buraków. To było jedzenie? Jedynie, co to na Boże Narodzenie, Wielkanoc kartofla się dostało w czapkę. Człowiek na to patrzył. Kartofel w mundurku. No i człowiek przeżył. Sam nieraz myślę jak ja za coś takiego mogłem przeżyć.

– Czy pan widział jakieś samobójstwa więźniów?
– Byli tacy. Szli na druty sami. Na moich oczach przeszedł jeden, mimo, że to kolczaste druty. Z drugiej strony jechała esesmanka na rowerze to zastrzeliła go na drodze.

– Zdarzały się ucieczki?
– Bardzo dużo ucieczek było. Był alarm. Wchodził blokowy i esesman. Esesman liczył. Przeliczył i brakuje. Szukali. Nie ma. Ostre pogotowie. Obstawiali wszystko. Jak ktoś uciekł to na przykład jak się wracało z komanda o piątej to staliśmy do jedenastej, dwunastej w nocy. Staliśmy na baczność. Niektórym udało się uciec, ale rzadko, kiedy. A te, co się udały były zaplanowane. Zapięte na ostatni guzik.
Leżały całe stosy rzeczy żydowskich. Między baraki na kwarantannie były całe stosy walizek. Powoli zonderkomando te walizki otwierało. Tam były zupełnie nowe rzeczy. Dużo żywności było – konserwy, wszystko, co najlepsze. Myśmy przez to tez mięli dobrze, bo jeden Niemiec, który był na naszym komendzie to nieraz przychodził, pilnował i mówił wchodźcie tam. Myśmy tam wchodzili i szukali jakiegoś jedzenia. Jakeśmy znaleźli zegarki to celowo je wyrzucaliśmy za druty. Esesmani chodzili i je zbierali. Pamiętam jak znaleźliśmy takie dwa słoiki gęsiego smalcu. Dwa takie duże i zakopaliśmy je. Kiedy gotowaliśmy sobie jedzenie, podkradliśmy trochę kartofli, Niemcom, żeśmy uprawiali ogródki i tym smalcem, żeśmy sobie doprawiali dla smaku. Przez to żeśmy przeżyli. Tam nieraz bardzo dobre rzeczy trafiały się w tych walizkach. Jak pojechaliśmy do Buchenwaldu to koniec. Tam już nic nie było.

– Czy wysyłał pan listy do domu?
– Tak, ale tam się pisało, że jestem zdrowy, że możesz mi przysłać to, to i to i nic więcej nie można było pisać.

– A grypsy?
– Byli tacy, co wysyłali, ale to, jeśli chodzi o polityczne rzeczy. Pracowała u nas taka komórka podziemna. Oni współpracowali z ludźmi, którzy przychodzili z zewnątrz. Fachowcy.

– Miał pan kontakt z podziemnym ruchem oporu w obozie?
– Wiedziałem, że koledzy są. Oni mieli kontakt za drutami, a ci, co przychodzili byli łącznikami.

– Czy w Birkenau była kantyna obozowa?
– To się nazywało kantyną. Było takie. Jak w komandzie się pracowało to za dobrą pracę dostawało się taką kartkę i w tej gardenie można było kupić jakąś sałatkę i nic więcej.

– Czy w Birkenau była orkiestra?
– Orkiestra normalnie jest. Kiedy się wychodziło grała. Przychodziło się grała. We wszystkich komandach. Codziennie, ale tylko w dużych obozach.

– Czy księża byli w obozie?
– W moim transporcie był. On to nawet oddawał swój chleb. Modlił się cały czas.

– Czy po wojnie miał pan opory, żeby powrotem zobaczyć to miejsce, gdzie pan był?
– Ja do dziś dnia, co roku jestem w Oświęcimu.

– A po raz pierwszy, kiedy pan był?
– To był zjazd wszystkich więźniów. To był chyba szósty albo siódmy rok. Z całej Polski się zjechali, ale to całe rodziny były. To było w lecie. Miałem kolegę w drogówce, bo nie było autobusów, zorganizował ciężarowe wozy, ławki porobili i myśmy tak jechali do Oświęcimia. Co było najgorsze. Po drodze jak żeśmy jechali z Sandomierza i na zakrętach, takie zakręty śmierci wysiadły hamulce i wylecieli z drogi. Dziesięć osób zginęło na miejscu. Później sam jeździłem. Sportowców zawoziłem, żeby pokazać. Przeważnie jechałem w dzień zaduszny. Przeważnie nie jeżdżę tu do obozu w Oświęcimiu. Jeżdżę na Brzezinkę.
Zakładałem klub motorowy w Kielcach 1946-1947, a z partyzanta zakładałem w 1945 roku i do dziś dnia jestem jeszcze wiceprezesem.

Filmy