Ludwik Pawela

Biografia
Ludwik Pawela

Urodził się 8 lutego 1925 roku w Bobrku Górnym, jako syn Teresy Pawela i Stanisława Saternusa. Do szkoły uczęszczał w Bobrku. Jako wiejskie dziecko dorabiał sprzedając Żydom złowione ryby. W wieku 14 lat, po wybuchu wojny, przydzielony przez Niemców do przymusowej pracy na roli. W 1940 roku trafił na trzy i pół miesiąca do obozu w Monowicach z numerem 8572. Pracował na żwirowni i w zakładach chemicznych. Po wojnie pracował fizycznie – najpierw w Chełmku, później w kopalni Janina w Libiążu.

Relacja

Pawela Ludwik, urodziłem się 8 luty 1925 rok w Bobrku Górnym. Mama nazywała się Teresa Pawela, a ojciec to nie wiem, który był, ale najprawdopodobniej Stanisław Saternus. Mama była robotnicą. Przed wojna pracowała u Sapiehy w obronie, u zakonnic na Pańskiej.
Do szkoły chodziłem do Bobrku. Tam była szkoła niedaleko Wisły. Pierwsza i druga klasa się uczyłem, trzeci i czwarta. Był taki Walery od Cyganki. On siedział koło mnie. Jak się go pytała matematyki to on biedny nigdy nie wiedział, a był starszy ode mnie. Ja zaraz rękę podnosiłem, bo jak się rybę chwytało i sprzedawało się Żydom to się wiedziało. To się umiało liczyć i w karty jak się grywało. Trzeba było umieć liczyć.
W Oświęcimiu Żydom się zaniosło. Gruba ryba kosztowała 1, 80. My ją sprzedawaliśmy, a normalnie kosztował 2, 00 to Żyd zarobił na nas 20 groszy. Sprzedawało się te ryby.
My jak szliśmy do Oświęcimia z Bobrku to szliśmy cyganić. Zarobić na tych Żydach. Z tej strony kościoła, gdzie jest teraz wyjazd z mostu to nie było tu wyjazdu. Tam była z tyłu bożnica, a tego tu nie było. Dopiero okupacja to zrobiła. Hitler to zrobił. Nie było tu mostu do Oświęcimia. Jak się wjeżdżało do rynku za pomnik na zad jest taka droga. Tam po prawo jak się jechało była masarnia, była kwiaciarnia. Były inne sklepy i sklepiki. Jeszcze niżej sprzedawał drut zbrojeniowy. Mostu nie było. Trzeba było jechać pod zamek. Koło Haberfelda się przejechało i na drogę, co jest teraz. Bożnicę Niemcy obalili. Wszystko obalili.
Mieszkałem w Bobrku Głównym. Moja mama poszła za starego kawalera i on tu miał pole. Na tym polu postawili najpierw barak i tam mieszkali. On robił u Baty. Robiło się, bo się musiało, ale strasznych pieniędzy nie było, ale się zarobiło i zawsze coś wpadło. Później poznałem żonę swoją. Zacząłem za nią chodzić no i ożeniliśmy się.
W Bobrku mieszkaliśmy na kwaterze u Wilczakowej Reginy. W Bobrku Górnym koło kapliczki. Tam mieszkaliśmy.
Mam tu kartkę z obozu. Do Lędzin miałem się stawić. Kartkę dzisiaj dostał na moście w Bobrku i miałem się stawić. Jak tu iść? Jak to słychać działa. Walą gdzieś tu przed Krakowem. Nie, nie pójdę. Ukrywałem się

– Kim chciał pan zostać przed wojną?
– O tym proszę nie mówić. Ja nie chciałem być strażakiem. Ja robiłem u Sapiehy w ogrodzie. Moja mam robiła w ogrodzie. To, co moja mama zrobiła i ja to dwudziestu paru ludzi tyle nie zrobiło, bo zepsuło. Z tego wszystkiego to on mnie wziął do pałacu. Tam, żeby winogrona pilnować. Jeść dali. Później przyprowadził takiego starszego gościa. Opitek mu było. Murarz. Na dach nas dał. Dachówki od nowa przekładać takim drutem i na zaprawie.

– Jak wyglądał Sapieha?
– To był wyższy człowiek jak ja. Szczupły. Jego żona też szczupła. On nie był przechwalony, ale nie był uwielbiany.
Była okupacja. Nazywał się Bauer Arnold. Niemiec. Przyszedł. Tam mieszkał. Musieliśmy do roboty iść. Czternaście lat. Nic nie pomogło, bo zapisany. Poszedłem do Oksu. To woły. Dałem sobie radę z tym oksem. Pojechaliśmy za kościół. Za kościołem my orali. Ja jechałem pierwszy. Firma była Gotfald. To jakiś czeski szwab był. To była straszna firma. Foraibarter to był Ślązak. Rano do zakładu. Kartkę wypisali i trzeba było iść do roboty.
Boger przyszedł i powiedział, że jutro Lędziny. Czy ja wiedziałem jak daleko są Lędziny? Ale człowiek się dowiedział. Ja o drugiej po północy musiałem wstać i iść do Oświęcimia na pociąg i Kosztów dojechać. To była piąta. Jak się przyszło na robotę była szósta. Oparzyłem to trawą. Myślałem, że ujdzie mi płazem. (Pokazuje jakąś ranę na ręce) – przez to dostałem się do obozu. Ta żyła była na wierzchu. W Lędzinach poszedłem do lekarza. Dostałem wolne. Co ja miałem robić w tych barakach? Do kuchni nie pomoże, bo ci nie wolno. Tam nie pomoże. Nigdzie nie pomoże. Do lasu nie pójdziesz leżeć boś jest partyzant. Tu leżeć nie wolno. Tam nie wolno. Nigdzie nie wolno było. Tylko pod barakiem siedzieć. Było wolne to jadę do domu. Na wagon. Na pociąg do Oświęcimia. Z Oświęcimia do Bobrku.

– Co pan robił w Auschwitz?
– Najpierw nas wzięli do obozu. Trzeba było dane spisać. Imię, nazwisko, matkę, ojca. Zgłosić się do Chełmku. Tam jest komendant. On mnie przedstawi swojej policji. Komendant Straube. Zgłosiłem się do niego. Jak mnie uderzył to po dziś dzień tutaj czuję takie bóle. Ludzie wychodzą z roboty. Ludzie mnie znają. Do Bobrku, do Gromca jadą, a ja ręce skute. Uprosiłem jednego. A nie uciekniesz? Nie. Rozkuli mnie. Tak sobie myślę. Mam odkute i teraz na moście mam okazję wyskoczyć do Wisły, ale to nie jest tak wyskoczyć. Ta głupota wyszła mi z głowy i do Oświęcimia. Do Oświęcimia jak jest kościół tam była plebania i na tej plebani było gestapo. No i na gestapo. Tam mnie zaprowadzili. Wszystkie papiery od nowa spisywali. Przeprowadzili nas tam, gdzie jest teraz policja na rynku. Oddali nas we drzwiach. Tam się siedziało. Jeden dzień, drugi, trzeci, czwarty, piąty. Końca nie było. Dali nam pajdkę chleba. Miało być dwanaście deko, ale w żadnej pajdce nie było dwanaście deko. I listek kiełbasy i pół litra kawy. Jednego dnia rano krzyki. Wszyscy musieli powstawać. Ustawić się. Było nas coś szesnastu albo osiemnastu. Na wóz. Jeden szedł na przód. Wszystkich rozganiali. Nikt nie miał prawa kupą iść. Tych cywili, żeby nam cos podali czy coś. Nie wolno było. Kończy się most. W tamta stronę na Sołę. I wał. Na wale zaś nas formowali po trójki, po czwórki i musieliśmy iść tam jak garbarnia i dopiero iść my dowiedzieli, gdzie my są. Bramę otwarli. Z jednej strony chłop z guma, z drugiej strony chłop z gumą. Jak dostał taka gumą to musiał skoczyć do przodu. Do tyłu się nie cofnie, bo nie ma takiego mądrego. Pozbierali nas wszystkich do takiej łaźni.

– Bili was przy bramie z napisem Arbeit macht frei?
– Nie. To było od strony Zasola
Na łaźnie i do mycia. Łaźnia była na terenie obozu. Koło 11 bloku. Każdy dostał drewniana łopatkę. Mydła rzadkiego. Jak to we włosy szczypało. Zimna woda. Nikt nie wspominał o jedzeniu. Jeść my nie dostali. Przyjechał pociąg. Przywiózł Żydów. Oni mieli takie pigułki, które łykali na smak. Będziecie łykać pigułki na smak jak wy tu z głodu do rana zdechniecie.
Jak przywieźli pociąg to, co ja widziałem. Jak to tak można. Człowiek człowiekowi taką katorgę robić. Przyszedł taki żołnierz i chwycił takie dziecko. Wydarł z powijaków. Rzucił go. Bach go o słup. Bach, bach. Pies niósł je w pysku. Na kupę składali.
Leżeliśmy na podłodze, na betonie. Każdy jeszcze miał swoje ciuchy. Przynieśli nam tych ciuchów – buty, beretki, spodnie i bluzki. Numeru tam nie było. Bluzkę przymierzyłem. Dobra. Ale spodnie. Prawą nogawkę miałem dotąd, a lewa dotąd. Trzeba się było zamieniać. Każdego w takim kantorku postawili. Tam miał szpulę nici. Ten numerek, co tu był i przy spodniach drugi musiał być przyszyty. Nie śmiał się oderwać. I wszystkie guziki. Osiem guzików trzeb było tą nitką przyszyć. Jak były kieszenie w spodniach trzeba byłe je zaszyć. Nie wolno było nosić rąk w kieszeniach. Bali się, że możesz mieć jakiś nóż i zabić esesmana. Zagrali nam. Na samochód siadł i wiozą nas na Himelkomando.

– Jaki numer panu dali?
– 8572
Siedliśmy na ten samochód. Przywieźli nas na zakłady chemiczne. Monowice. Samochody stanęły. Wysiedliśmy. Ugrupować się. Orkiestra gra (klaszcze i nuci). To będzie fajnie. Dopiero jak się drzwi otwarły. Brama się otwarła to zobaczyliśmy to fajne. Tam same Żydy były. Takich pracowników jak my potrzeba było do zakładów chemicznych.
Mieliśmy pierwszy barak na rogu. Taka wieżyczka. Oświetlone było.

– Pan mieszkał w barakach w Monowicach. A dużo było tam baraków?
– Dużo, dużo. Straszny obóz był. Tam było ze sto baraków.
Co niedzielę trzeba było iść na topór. Na środku placu zrobili topór. Jak były jakieś wieści to tam głosili. Bokserzy się bili. Tam człowiek musiał iść. Choćby nie chciał. Chyba, że leżał na kransztubie, a tak to musiał iść. Jak ja pragnąłem wiele razy tak siąść na łóżku. Łóżko to były gołgi. Tak się nazywały. Ja spałem na dole, drugi wyżej i trzeci wyżej. Tak trzech. Dziewięć, a trzy osiemnaście. Osiemnaście nas w takim rzędzie spało.
Tam się pracowało. Dopiero w ten czas się śniadanie dostało. Parę dni trwało i dopiero śniadanie, bo się szło do pracy. Nie pracujesz to nie jesz. Pajdkę chleba, pajdkę margaryny i listek kiełbasy. W pierwszy dzień kawy się napiłem. Pajdkę sobie położyłem na łóżku, bo wiedziałem, gdzie będę spał. Ja się kawy napiłem, po chleb, a tu chleba nie ma. Zaraz zamordowali. Nocny stróż był, co pilnował. Jedne drzwi zamknął, drugie. Niemcy przyszli. Kontrolowali od a do z nie znaleźli ani okruszki chleba, a ja tyle, co łyka kawy zrobiłem.
Było jakieś święto, ale nie pamiętam, jakie. Było dosyć ciepło. Przed barakiem dużo ludzi stało. Przyszedł Niemiec i mówi: potrzebuję dziesięciu fraibelików. Wystąp. Nikt. Gada drugi raz. To ja wystąpiłem. Nie rozumiałem, o co chodzi. Jak mnie zabije to mnie zabije. Wszystko jedno mi było. Dostałem się do brygady na żwirownię na Kruki. Szliśmy do roboty i musieliśmy śpiewać (śpiewa). Piątkami chodziliśmy. Przechodziliśmy jak jest ta brama duża, co się na zakłady jedzie. W stronę Dworów. Tam była wąskotorówka i stamtąd do tej żwirowni. Tam niejaki Koral. Jego ojciec był majstrem czy kierownikiem na tej żwirowni. Córka pracowała w kuchni, w jadalni. Szliśmy do roboty i ten Koral chciał zamienić karty. To, byli Anglicy. Nie zaczynaj z nimi Julek, bo będziesz siedział. Nic się nie bał. Gadał, że ojciec go wykupi. Handel, a to esesman widział. Halt! Mnie zrobili piplem. Pipel robił porządek w budzie, w której się siedziało jak deszcz był. Byliśmy przeznaczeni pod bagiel nosić szyny, przenosić kawałki torów i ustawiać. To miało jakieś cztery i pół metra. Magiel na tym jechał i stał na tym i kopał. Ciągnął jakieś trzydzieści metrów, albo głębiej. Byli tez chłopaki, więźniowie, którzy byli przeznaczeni do zbierania ziemi. Wieźli ja pod tory kolejowe. Jechali aż pod Górny Bobrek do Dworów. Tam specjalne deski były zrobione przez tory, żeby tą koleją przejechać.
Potem zrobili mnie kalifaktor. Tak to się chyba nazywa. Żebym ja zabierał te dwa nasze kotły na wózek. Czterech chłopów ja piąty. Maszynka szła do góry. Zdjęliśmy to z torów i do tych baraków.
Potem byłem brygadzistą na zakładach chemicznych. Rozładować wagony. Żydzi byli pomiędzy nami.
Na pustyni też byli więźniowie. Oni tak robili połówki granatów. Kto tam dawał proch nie wiem. Byliśmy tam po bombardowaniu. U nas wody nie było. Kapo gada jest okazja. Przyszliśmy ku Wiśle. Na róg Soły i Wisły. Tam widać ludzi, ale co? Kto przyjedzie jak widzi cię w pasiaku? Nikt nie pojedzie, bo każdy się boi. Esesman mówi jak uciekniesz to twoją mamę i całą rodzinę wywieziemy. Człowiek nie ucieknie. Przeszedłem tą Sołę. Był jeszcze chłopak z Gorzowa. On siedział i brat siedział. Poszliśmy na zakłady, na pustynię. Partyzant? Nie partyzant. Żeby nam naszykowali, bo u nas bum bum i zakłady, że nie ma kawy. Był jeden Żyd, a tam jego narzeczona robiła. Chciał się z nią widzieć. A ten, co mówiłem Mojrzeszko się nazywał. Kazek od Bożeny gadali na niego. Poszliśmy do tej Bożeny. Tam były jaja. Jeszcze takich jaj w życiu nie widziałem. Siostra tego Kazka z esesmanami uprawia. To my są wszyscy podpadnięci. Wszyscy. Jak oni wybrnęli z tego to ja nie wiem. Kazek tam był. Pojadł. Wszystko w porządku. Oni przeszli do kuchni, a myśmy poszli do pokoju. Tam posiedzieliśmy. Poszliśmy. U Palki była piekarnia. Były rajdercery. Wzięliśmy wiadra z kawą. Szliśmy kawałek wałem. Jedzie policja. Dwa motory od strony Bobrku ku nam jadą. Przejechali. Wylaliśmy ta kawę. Coś cztery wiadra. W obozie byłem sześć tygodni.

– Czy ludność cywilna pomaga więźniom?
– Nie wolno było
Za sześć tygodni przerobiłem parę dni, a tu mnie wzywają. Wzywa mnie lagerfurer. Pójdę do kontroli. A tu taki Saternus Stanisław. On tam cos napaplał. Natychmiast musiałem iść i zameldować się.

– To wrócił pan znowu do pracy w obozie?
– Od razu mnie przewieźli. Tam był mój numer. Te same portki, te same ubrania. Osiem tygodni. Wychowawczy.
Dopiero po tym drugim razie odczułem, że byłem w obozie. Wszystkiego mi brakowało. Jeść się więcej chciało, a tu nic nie było – brukiew i ziemniaki.
Za to, że się zgłosiłem grałem z Niemcami w oko. Czasem było się dobrze zgłosić, a czasem nie.
Przywieźli mnie znowu na pustynie i znowu kartka. Nie poszedłem nigdzie. Ukrywałem się u wdowy. Z mamą w piwnicy siedzieliśmy.
Znowu przyszedł jakiś szwab. Dał mi dwie taśmy na ramiona. Nie wiedziałem czy płakać. Ja nie wiedziałem, co on chce mi zrobić. Karabin maszynowy na plecy i nóż, a tu wojsko prawie ze Szyjek przechodziło tymi drogami na Dolny Bobrek. Dał mi ten karabin maszynowy i kazał, żebym to trzymał, a kawałek dalej było flag, te działa przeciwlotnicze były. Taka pod stacja była. Cudów tam było postawiane. On tu prał w tą stronę z Górnego Bobrku. Wziął mi ten karabin maszynowy. Ja przed nim. Musiałem iść czy się chce czy się nie chce.

– Do wojska pana wzięli?
– Nie. Oni potem przed ruskimi uciekali, a nas zostawili. Uciekali na pustynię w tamtą stronę, a nas zostawili

– A ktoś tu ukrywał więźniów?
– Słyszałem, że ukrywali Żydów. Moja teściowa też ukrywała. Nie żyje już.
Żydzik Stanisław, a drugi na górze mieszka. Oni dostali pieniądze. Pożyczkę z obozu dostali i ciągniki kupili. Waliczek. Oni obydwoje ciągniki sobie pokupili. Byli w obozie.

– Jak był pan w obozie mógł pan pisać listy do rodziny?
– Nie wolno było. Ja nie byłem na wczasach, ani w sanatorium. Ja byłem w obozie karnym. Mnie nie wolno było pisać. Nic nie było wolno. Jak się przyszło z roboty nie wolno było na łóżku usiąść. Zapalić nie wolno było. To był obóz karny, a nie jakieś letniska.
Niektórzy zarobili jedną markę na tydzień. Jedną markę na tydzień. Kawałek papieru. Narysowany Hitler. Pieczątka. Numer i to była ta marka i za to można było kupić tyle – łyżkę marmolady, dużą stołową i nic więcej. Sześć papierosów Partyzantów. Tyle palenia było.
Jak się dostało zupę na obiad nie wolno było nigdzie usiąść.

– Jak wyglądały apele?
– Rano jak się szło do roboty to był apel. Jak się przychodziło z roboty też był apel. W dwóch szeregach czy w czterech szeregach trzeba było stać. Przejechał kapo. Wkładał palce pomiędzy guziki. Jak guzik odpadł to jak palnął kopytem w łeb to się cały świat widziało na drugiej stronie. Ja miałem przyszyte drutem to byłem pewny, ze mi nie urwie.
Raz mi tylko ta pajdkę chleba wzięli, ale już nigdy nikt mi nie wziął. Nikt mi nie wziął. Nikt.
A bić? Trzeba było trzymać się mocno na nogach. Przyszło się do łaźni wymyć się. Nogi trzeba było wystawić, bo oni patrzyli czy stopy są czyste. Jak uderzyli w pięty to poobijali nerki. Na krajsztubie operacje mi zrobili. Przesłali mnie do Oświęcimia. A w Oświęcimiu, co? Tak samo i do pieca. Takie było życzenie i takie było zadanie.
Jak nie miałeś, co zjeść trzeba było sprzedać. Jak myśmy szli to Żydzi byli. Można było od nich kupić za jednego papierosa pół garnka zupy, ale skąd on to wziął to ja nie wiem. Chleba nie.
Pajdka chleba była to było dwanaście i pół deka. Wszystko jednakie. Margaryna ta sama. Jednakie kostki dwa i pół deka. Można było ważyć nie wiem, z kim i było dwa i pół deka. Kiełbasa była dwa razy w tygodniu. Wszyscy byli głodni.

– Gdzie pan pracował po wojnie?
– Pracowałem u Baty na chwilę w Chełmku, a potem poszedłem na kopalnię Janinę. Przepracowałem dwadzieścia sześć czy siedem lat. Wszystkiego uzbierało mi się trzydzieści jeden.
Brat był komunistą. Nie rodzony brat. Z jednej matki, ale z innego ojca.

– Pamięta pan, kiedy był pan w obozie?
– Pierwszy raz jak byłem to były żniwa, a drugi raz jak byłem to już zbiory były. Ziemniaki do zbioru, buraki. Zupę po szychcie się robiło. Tą zupę jak sprzedał to miał kurzenia. Ja kurzyłem bardzo dużo. Teraz nie palę wcale. Dwadzieścia Sportów to miałem mało. Od stanu wojennego nie palę.

– Dlaczego pan przestał?
– Jak był stan wojenny to chorowałem. Siedziałem na stołku. Nogi po amerykańsku pozakładane, flacha na stole, telewizor grał i papierosek. Jakżem gorzałkę pił to mnie nie dusiło. Miałem dwanaście paczek. Wziąłem pudełko i zapaliłem całe pudełko i do pieca. Od tego czasu nie palę. Paliłem osiem lat.

Człowiek swoje dostał. Będę pamiętał to do grobowej deski. Nie da się opisać niektórych rzeczy. Ciężki los człowiek dostał. Nie da się tego opowiedzieć. Trzy i pół miesiąca tam byłem.
Byłem na wychowawczym. Miałem literę E. Za pierwszym razem maznął E i za drugim razem też E.

Tu wnuczka, czy córka podaje dane osób, które były w obozie i mieszkają w okolicy.
Waliczek Konstanty, ulica Nadwiślańska 112, Gromiec; Żydzik, Traugutta 18, Bobrek.

Filmy