Zbigniew Olszewski

Biografia
Zbigniew Olszewski

Urodził się 4 sierpnia 1920 r. Matka była absolwentką elitarnej szkoły dla panien w Petersburgu. Wraz z ojcem Zbigniewa, w czasie wojny zaangażowana była w działalność konspiracyjną prowadzoną pod przykrywką pracowni krawieckiej i salonu meblowego. Starszy brat Zbigniewa w 1920 roku brał udział w wojnie przeciwko bolszewikom, był działaczem Obozu Wielkiej Polski, a później Stronnictwa Narodowego – zawodowo był komisarzem policji do Zamachu majowego w 1926 r.
Zbigniew trafił do KL Auschwitz u początków funkcjonowania obozu – został oznaczony numerem 2067. W obozie pracował jako mechanik samochodowy. Końcem 1940 r. pobity do nieprzytomności, trafił do krematorium, gdzie w momencie wsuwania go do krematoryjnego pieca, wskutek oparzenia odzyskał przytomność i cudem uniknął śmierci. Z obozu został zwolniony w marcu 1941 r. jako osoba, w przekonaniu Niemców, zwerbowana do pracy wywiadowczej na rzecz III Rzeszy. Po zwolnieniu z obozu przesłał raport do Londynu, który został upubliczniony na antenie Radia Londyn. Zbigniew znów musiał ukrywać się przed Niemcami – został „ukryty” w fabryce Ericssona, gdzie zajmował się regulacja urządzeń sterowniczych do rakiet V1 i V2. Wykorzystując możliwości swojej pracy, konstruował i produkował urządzenia łączności dla Armii Krajowej.
Po wojnie był aresztowany i więziony przez UB. Uciekł i ukrywał się, dlatego nie mógł studiować ani rozwijać kariery. Wraz z kilkunastoma byłymi żołnierzami AK ukończył studia tajne i zdał egzamin jako technik-mechanik Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Później opracował ponad 100 patentów prowadząc własną pracownię. Projektował zakłady przemysłowe w Polsce, Niemczech, Jugosławii i Indiach. Był oficerem kontrwywiadu.

Relacja

Powiedzieć parę słów prawdy o latach dwudziestych. Dlaczego? Tak się złożyło, że mój brat straszy ode mnie o dwadzieścia cztery lata był komisarzem policji do 1926 roku do przewrotu. Brał udział we wszystkich wydarzeniach jak i moi dwaj pozostali kuzynów, którzy też byli oficerami Wojska Polskiego. Także ja te sprawy znam ze strony, o której się nie mówi.
Generał Zagórski – jego zwłoki znaleziono poćwiartowane w Wiśle. To był 1922 rok. Autorem tego był Piłsudzki. Generał Zagórski był kierownikiem Austriackiej służby bezpieczeństwa i o wszystkim wiedział. Musiał zginąć. Z tym, że działał na stronę polską, ale oficjalnie był w austriackim.
To była ogromna sensacja jak znaleziono jego poćwiartowane zwłoki w Wiśle. W tym samym czasie został zamordowany redaktor Nowaczyński. On był ze stronnictwa narodowego. Zamordowano go też, bo za dużo wiedział i zaczął pisać.

– Czy oni zostawili jakieś notatki?
– Nie wszystko zostało zniszczone przez agentów Piłsudzkiego, bo wojny w 1920 roku nie wygrał Piłsudzki tak jak się mówi. On był przeciw. On poszedł na Kijów. Gdyby nie Weigant, Żeligowski, Roztorowski to by komuna poszła aż do Niemiec, a w Niemczech rządziła Róża Luksemburga. Niemcy były w ten czas opanowane przez komunistów. Gdyby nie Polska i to żeśmy wtedy zadziałali to była całą Europa była zalana przez komunistów i Stalina i jego rząd.
Ja mam pokwitowanie odbioru dużych pieniędzy ze Szwajcarii ze Związku byłych więźniów. Te pieniądze nigdy do mnie nie doszły. Zacząłem prowadzić własne śledztwo. Na ówczesne czasy, to było po wojnie, to była suma prawie tysiąca dolarów to był majątek. Ja tych pieniędzy na oczy nie widziałem. Zacząłem to śledztwo. Poszedłem. Znalazłem i ciąg dalszy w pojednaniu Warszawy. W tej sprawie poszedłem do Michnika, a od razu się zdradził, kim jest pan Michnik. Od razu kupował wodę i tak dalej. Nikt nie chciał się tym zainteresować. Poszedłem do kancelarii Kwasa. Poproszono mnie, że zrobią ksero z tych dokumentów i te dokumenty nigdy już do mnie nie wróciły. To były oryginały. Wtedy nie było tak łatwo o ksero. Robiło się odręczne odpisy i się poświadczało.

W Warszawie przy moście Poniatowskiego na dole była jakaś ogromna uroczystość. Tam była wielka hala. To było albo pożegnanie Obozu Wielkiej Polski i przemianowanie na Stronnictwo Narodowe. To była wielka uroczystość z Romanem Dmowskim.
Brat był prezesem koła, w radzie naczelnej Stronnictwa Narodowego, a przedtem Obozu Wielkiej Polski. Do 1926 roku był komisarzem, a potem podał się do dymisji. Poznał całą prawdę o Piłsudzkim, o zamachu.

– Na spotkaniu z Dmowskim pan dostał się do niego czy go tylko widział?
– Dostałem się do niego do stołu. Zostałem przedstawiony przez brata i którąś z pań, która była bardzo blisko z panem Dmowskim. W końcu skończyło się na tym, że ja usiadłem mu na kolanach. Miałem wtedy pięć albo sześć lat. On się potem wycofał z czynnej polityki. To już był starszy pan.

Nawiała z ojcem. W Poraju oddzielili się od grupy. Oficer, który prowadził to całe towarzystwo pozwolił rodzicom zwiać. Zbieg okoliczności. Oficer SS. To był prawnuczek sąsiadów mojej babci z Opola i rozpoznał moją mamę, która tam bywała, a mama była kobietą nieprzeciętnej urody. Ten oficer kilka razy nam życie ocalił. Notabene po powrocie z obozu ja posłałem raport z obozu do Anglii. Tam ci, idioci nadali to w radio Londyn i gestapo tego samego dnia było u mnie w domu. To przekazały im nasze władze akowskie. Ja byłem przesłuchiwany. Dzień przed przesłuchaniem ja byłem szkolony i przygotowany przez oficera SS, co mam powtórzyć władzom polskim, podziemnym w Warszawie. Wiedział o mnie wszystko i o mojej rodzinie.
Była godzina jedenasta. Blokowy o mało, co nie zesrał się ze strachu. Postawił wszystkich na nogi. Udostępniono pokój blokowego dla mnie i tego oficera i nastąpiło to całe szkolenie, o którym mówiłem. Na drugi dzień rano wyczytują mój numer. Pod blok. Nie wiedziałem, dlaczego. Okazało się, że jestem wolny. I co ciekawe? Tu był taki stary esesman nazywaliśmy go Myken Up, żebym nie powiedział mycen. Jak on mnie odprowadzał na stację to powiedział: wiesz, co mały ja przez ciebie ciężkie pieniądze tu zarobiłem. Pytam, dlaczego? Bo zakładałem się czy ty dany dzień przeżyjesz z kolegami i co wykombinujesz na dany dzień, żeby przetrwać. Ja kombinowałem, bo były fałszywe komanda. To było zgłaszane do budki kaduka. Konsternacja. To były mrozy. To był luty. Mrozy 40 stopniowe. No to, co dalej z nimi robić. Robić porządki dla tych, którzy przyjdą w transporcie.
Kombinowałem. Powiedziałem, że jestem specjalistą od samochodów. Więc główny mechanik to był Polak i Niemiec. Ten Niemiec nie miał pojęcia o tym, ale był na czele tych warsztatów i dali mnie do remontu samochodu Hessa. To był nietypowy stower. Bokser ośmiocylindrowy. Ja ten samochód rozebrałem. Przygotowałem wszystko do remontu. Później zostały mi części do dopasowania. Kiedyś się pasowało panewki do wału i tak dalej i to się ręcznie robiło. Ja to wszystko zrobiłem. Złożyłem silnik, a oni mnie obserwowali. Wiedziałem, że jak coś sknocę to czapę i zakładali się jak ja z tego wszystkiego wybrnę. Doszedłem do momentu, kiedy wszystko złożyłem i trzeba było wyregulować silnik. Niestety tego nie potrafiłem. Stchórzyłem i uciekłem. Więcej się nie pokazałam. Oni mieli mój fałszywy numer, bo ja robiłem kanty z numerem na ręku. Zawsze jakąś szmatę śmierdząca miałem, a numer był tak zamazany, że można było różnie odczytać. Szukali mnie podobno później, ale nie znaleźli. Ja później dostałem się do innego komanda i znowu swoje robiłem.

Przekaz mojego ojca. Od dziecka ojciec mi opowiadał o mojej rodzinie. O dziadkach, pradziadkach. Pradziad brał udział w powstaniu w 1831 roku, trzydzieści lat na Syberii. Zdążył wrócić zrobić pięcioro dzieci. Dobry był. I tak ta nasza rodzina się rozrastała.

Generał Weigant, Francuz, który opracowywał cały plan obrony przed bolszewikami to Piłsudzki nas wpędził w kolejna niewolę. To był podły człowiek.

Mój brat walczył z Rosjanami w 1920 roku. Moi kuzyni dwaj, fantastyczni chłopcy, ułani też. Jeden z nich później uciekł z Katynia.

Właściwie do wszystkiego doprowadził Piłsudzki i gdyby nie Weigant, Rozwadowski, Żeligowski to byśmy znowu mieli poważne kłopoty. Stracilibyśmy niepodległość. Ani słowa nie napisali o Skorupce. O bitwie warszawskiej nic. Kto był twórcą, kto opracował plany. Ani słowa o tym nie ma. W najnowszym wydaniu PWN nie ma o tym słowa.

Dokumenty się nawet przez powstanie ostały, ale moja bratowa nie oddała mi tych dokumentów i prawdopodobnie one zostały zniszczone. Brat mieszka w willi na terenie Grochowa. Tam były wszystkie dokumenty Stronnictwa Narodowego itd. Tam został wykopany dół koło szamba i tam wszystko poskładowane. Wszystkie dokumenty Zarządu głównego Stronnictwa i wszystkie dokumenty, materiały historyczne. To było w skrzyniach zakopanych w tym dole. O tym wiedziało tylko parę osób. Co się z tym stało? Nie wiem. Losy powojenne nie są mi znane, bo ja potem byłem w obozie. Ten dół dwa na trzy metry głębokości i jakieś cztery metry długości. I tam było kilkadziesiąt skrzyń starych dokumentów z siedziby stronnictwa narodowego. Te dokumenty przekazano bratu. Brat się miał nimi zaopiekować. Te dokumenty wiem, że przetrwały wojnę. Później jak brat wrócił z niewoli to nie wiem, jakie były dalsze losy. Zostało to wykopane i gdzieś zawiezione. Dokumenty ocalały, ale ich dalszy los nie jest znany. Tam było czterech lokatorów. Właścicielka no i brat. Właścicielka nie była powiązana ze stronnictwem. Dozorca był komunistą. Brat go przekabacił i ten komunista robił wszystko, żeby to ocalić.
Jeszcze kilka dni temu powiedziałbym ci jego nazwisko, ale już nie pamiętam źle się czuje. Nerka mnie boli. Jak mnie pobili w obozie to nerka mi pękła na dwie części i teraz w tej jednej części, która jest taka maleńka rożnie mi dziesięciocentymetrowa torbiel. Jeśli ja tego w swoim czasie nie usunę, a co 10-15 lat muszę to usuwać, to grozi mi śmiercią. W tej chwili jestem w takiej sytuacji. Odmówiono mi leczenia w klinice. Chcę napisać pismo do Religi i opisać mu, co się dzieje. Przecież nas zostało tylko kilku żywych. W Gliwicach było nas około 25 tysięcy – narodowców i byłych więźniów. Z tych 25 tysięcy zostało kilkoro. Wystarczyłyby cztery palce. Reszta nie żyje.

Moja mama była nieprzeciętnie piękną kobietą. Była bardzo inteligenta. Mama przyjeżdża do Warszawy z pełnym neseserem bibuły do Radomia. To był chyba 1944 rok. Na dworcu jest łapanka. Ja stoję po drugiej stronie dworca za wagonami towarowymi. Wlazłem tam na budkę i obserwowałem. Wiedziałem, że mama przyjedzie i przywiezie bibułę. Moja mam z wielkim uśmiechem i radością podchodzi do oficera SS. Coś do niego mówi, uśmiecha się, gestykuluje, podaje mu ta walizkę a on odprowadza mamę przez kordon. Wyszła za dworzec i myśmy ją przejęli.

Wychodziło pismo narodowe „Na szaniec” w trakcie okupacji. To była pierwsza nielegalna gazetka wydawana przez Stronnictwo Narodowe. Artykuły pisali Maliszewski Kazimierz.

– Jak się pana mam znalazła w kontrwywiadzie?
– Moja mama kończyła w Petersburgu szkołę panien. To była szkoła dla potomków cara, dla wyższych sfer. To był instytut Maryjny. Miałem dziadka, który był bardzo inteligentnym człowiekiem. Wprowadził reżim w domu i jeden tydzień w domu był po francusku, jeden po niemiecku, po rosyjsku i po polsku. Były tygodnie, w których innego języka się nie używało. Mojego dziadka wyprowadziła z Francji, z Paryża, nauczycielka dzieci, Polka z pochodzenia. Ona ocaliła mu życie. Przyjechali do Polski.

Wujek Herman. Właściciel dość dużej fabryki w Radomiu. Przedwojenny prezes przemysłowców polskich przez wiele lat. Znany figurant. Miał duże zakłady i w Będzinie i w całej Polsce.

Ojciec przyjechał do Warszawy jak uciekli z tego gestapo w Poraju. W Warszawie stare klientki moich rodziców od razu załatwili mieszkanie dla rodziców duże. Dostali 120 metrów na rogu Koszykowej i Marszałkowskiej. Lokal był oficjalnie pracownią krawiecką, którą ojciec prowadził, a mama prowadziła salon meblowy. To wszystko było przykrywką. Pod ta przykrywka działali. Zebrania się dobywały u nas w domu, bo klienci przychodzili po zakup mebli, a dozorca był w naszej kieszeni. Ukrainiec, który tam mieszkał, któremu pewne rzeczy się nie podobały nie wiem, dlaczego, ale tragicznie zginął. Nasi go załatwili.

W warszawie był taki student, który stał pod blokiem na Marszałkowskiej i grał na skrzypcach. Z tego się utrzymywał. Jak się okazało on był na usługach gestapo i obserwował nasze lokale. Oczywiście dostał wyrok i został rozstrzelany pod tą ścianą. A kto go zdemaskował? Czternastoletni chłopak, który też był już w Stronnictwie Narodowym. Nie pamiętam jego nazwiska.

Była duża grupa młodzieży, których rodzice pracowali w warsztatach kolejowych na Grochowie. Tam było dużo młodzieży, która u brata polityką się interesowała.
Dlaczego bratu cały czas się udawało w czasie wojny? Gestapowiec, który się opiekował ta dzielnicą był w naszej kieszeni.

Siedziałem w obozie w Oświęcimiu z panem, który nazywał się Szorsztajn. Był Niemcem, ale siedział, bo nie przyznał się do swojej niemieckości. Spałem z nim na jednym sienniku. Później jak pojechałem do Radomia po wpadce w Warszawie zamelinowano mnie w Eriksonie. To była fabryka zbrojeniowa dla v1 i v2 robiono części. Tam gestapowcem z ramienia gestapo był brat tego, który siedział ze mną w obozie. Jak był na mnie donos, bo w pewnym momencie folzdeuschermaister podpatrzył, że robię nie to, co trzeba i złożył do niego donos. On mnie wezwał do siebie. Ja mówię bardzo mi miło pana poznać. Ukłony od Bernarda, a Bernard to był jego brat, ale to jest nasza tajemnica. Póki ja będę cały ty też. I tak miałem później opiekę. Przyszedł na mnie ten donos od folzdeutscha Klimasa. Pan Klimas tego samego dnia, w parę godzin później już nie żył.

Ja w tym Eriksonie. Ja miałem duże zdolności wynalazcze. Miałem talent w palcach, więc dano mnie do regulacji części sterowniczych do v1 i v2. Dowcip polegał na tym, żeby to urządzenie działało tylko kilka razy. To było precyzyjne urządzenie. Ja po zrobieniu paru tysięcy sztuk tego nauczyłem się to regulować. Przykładem moich możliwości był pocisk v1. Pocisk był zabrany przez naszych do Anglii. Pocisk był przeze mnie regulowany, żeby nie poleciał do Anglii tylko spadł tu. To mi się udało zrealizować. Ludzie, którzy byli świadkami tego już nie żyją. Nazwiska tych ludzi już dzisiaj mogę powiedzieć – inżynier Kozłowski, który prowadził montaż w Eriksonie; Marysia Osiecka, a przedtem Modlińska, dziewczyna, która dokonywała cudów. Przerzucała aparaty dla AK. Ja w Eriksonie wykonałem pierwszy aparat telefoniczny w termosie. Nosiło się taki termos. To była połówka i miało się taką lineczkę, rzucało się na przewody, a umówiony partyzant ileś kilometrów dalej w podobny sposób o umówionej godzinie to samo robił i w ten sposób była komunikacja. U mnie na poddaszu w domu zrobiono 40 takich sztuk. Potem, gdzieś to zabrano. Potem wykombinowałem krótkofalówkę w kance. Kanka to takie naczynie do wożenia mleka. W kance było podwójne dno i ¾ było aparatu a reszta śmierdzące zlewy. Także jak gestapowiec zaglądał to rzygał.
Po wojnie miałem około stu patentów. Miałem biuro prywatne konstruktorskie, projektowe. Za to byłem aresztowany i w więzieniu siedziałem, ale że ktoś musiał robić po wojnie zwolniono mnie i w dalszym ciągu pracowałem na swoim stanowisku. W między czasie byłem dyrektorem technicznym, ale, że ja mówiłem otwarcie, co myślę o komunie i partii, więc byłem spalony. Nie pozwolono mi studiować. Moimi pracami zainteresował się profesor politechniki gliwickiej profesor Tokarski. Było nas takich dziewiętnastu chłopaków, byłych akowców. Zrobiono dla nas tajne studia i eksternistycznie robiłem egzamin, jako technik-mechanik Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych.
Projektowałem zakłady nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech, Jugosławii, Indiach i z tego dość dobrze żyłem.

Kierownikiem zakładów został człowiek, analfabeta, ale bardzo wysoko notowany w partii. Nie wiem, jakie on miał chody do tego stopnia. Jak o drugiej w nocy przyszło do mnie UB to ja już o ósmej rano byłem w fabryce. Później się dowiedziałem, że to on załatwiał. Ten pan został potem dyrektorem Nowej Huty, a potrafił postawić tylko dwie literki J nieskładne i takie T. to był jego podpis. Ten człowiek był bardzo mocno postawiony. Był na tyle mądry, że obstawiał się ludźmi bezpartyjnymi, którzy mu pomagali. Zawsze miał zaplecze ludzi mądrych.

– Jak wyglądała rewizja w domu?
– Wyrywano mi zdjęcia z albumów, przewracano całe mieszkanie, szukano niewiadomo czego. Chodziło o dane dotyczące mojej pracy z czasów okupacji. Moi wszyscy koledzy okupacyjni byli więzieni w UB w Radomiu. Przez wiele tygodni stali potąd w wodzie i w kale. Ja tez tam byłem i ja stamtąd uciekłem. Uciekłem po raz drugi. Raz Niemcom z tego samego budynku tylko przedtem to było gestapo, a później UB. Jak ja to robiłem? Z piwnicy brali nas na przesłuchanie. Śmierdzieliśmy, więc nas oblewano wodą ze szlaufa bez względu na pogodę i porę roku. Później prowadzono nas na górę. Miałem kajdankę na ręku i ubowiec też. Ja go szarpałem. Kaleczyłem mu rękę. Dostałem w mordę raz, drugi, trzeci. Wreszcie mu się to znudziło i rozpinał mi te kajdanki. Nas prowadzili na pierwsze piętro na przesłuchanie z tej piwnicy. Tam stawali sobie na papieroska dwa ubecy. To było półpiętro. Tam była portiernia i płaski kawałek do przejścia do następnych drzwi. Były dwoje drzwi. Następne były do wyjścia na zewnątrz. Wszystko było pod kontrolą portierni. Automatycznie zamykające się. Stałem na tej portierni. Wchodzi ubowiec. Zameldowuje się w okienku. Ona nacisnęła guzik. Otworzyły się drzwi. Ja z tego półpiętra skoczyłem. Uderzyłem go głową w brzuch. On się przewrócił. Zablokował drzwi. Ponieważ jeszcze pierwsze drzwi nie zdążyły się zamknąć. Zdążyłem je otworzyć. UB było jakieś 30-50 metrów od torów kolejowych. Szedł pociąg towarowy w kierunku Skarżyska, Radomia. Wskoczyłem do tego pociągu. Przejechałem mniej więcej dwa kilometry. Wyskoczyłem, bo bałem się, że w Skarżysku będzie obława i poleciałem na cmentarz. Tam był niedaleko ewangelicki cmentarz. Tam znalazłem grobowiec. Była taka zasypana dziura. Wślizgnąłem się w tą dziurę. Zsypałem wszystko. To mnie ocaliło, bo zaraz przyszli za mną z psami. Siedziałem tam dwa dni. Poszedłem do moich kuzynów, bo tam moja siostra mieszkała ze Lwowa, którą dopiero poznałem w 1942 roku i u nich się zamelinowałem.
UB to był 1945 rok 18 lipca.

Potem ukrywałem się w Warszawie w Instytucie Curie-Skłodowskiej, bo tam była ordynatorem moja siostra. Później przekazano mnie do Radomia.

Ojciec był znany przed wojna, bo pracował u Herzego. To był największy na Europę magazyn, gdzie robiono suknie, okrycia itp. U braci Jabkowskich równolegle, bo ojciec był pracoholikiem. Także nam się dość nieźle powodziło. Mama pięknie szyła.

W Warszawie jak się ukrywałem poznałem piękne dziewczyny. Sam nie wiem, dlaczego byłem babskim królem całe życie. Miałem powodzenie u starszych dziewczyn.

W wigilie Bożego Narodzenia w 1940 roku zostałem wywołany przez zastępcę blokowego Emila Bednarka. To był chłopak dwudziesto paro letni do ubikacji. On mnie tam po prostu zabił. Tak mi się zdawało. Mnie nieprzytomnego i zakrwawionego wyrzucono pod płot przy krematorium. Esesman wziął mnie za nogi przyciągnął do krematorium, do kostnicy i tam zostałem. Nie wiem ile dni tam leżałem nieprzytomny. W pewnym momencie rzucili mnie na – uruchomili piec po świętach – rzucili mnie na tą szuflę. To mi oparzyło plecy i w tym momencie, tyle głową już w piecu poderwałem się. Zeskoczyłem z tej szufli. Koledzy zdębieli, bo akurat ci, co obsługiwali piec znali mnie. Ja przez pewien czas pracowałem w krematorium do momentu, kiedy zaczęli spisywać numery. Wyciągnęli mnie stamtąd. Przerzucili mnie do trantehausen. Tam się zajął mną doktor Gąsiorowski, który mnie już znał. Doktor Gąsiorowski to był lekarz w lazarecie, kolega mojej siostry lekarki w Warszawie. Był działaczem Stronnictwa Narodowego już na terenie obozu. Doktor Gąsiorowski, magister Wróblewski i jeszcze jeden lekarz. Do tego dołączył później Janek Mozdorf, Bolek Świderski itd.

– Co robił Mozdorf w obozie?
– Organizował młodzież. Pomagaliśmy sobie nawzajem w trudnych warunkach

Kiedy miałem durfal jadłem normalnie węgiel z paleniska. Na durfal się umierało, a nie było lekarstwa.

Uciekałem do Katowic. Okazało się, że niektórzy moi koledzy są w UB. Nie miałem, co szukać. Tak wylądowałem w Gliwicach. Tam mieszkała mojej mamy ciotka. Sygnał był i mama już wiedziała, gdzie mnie szukać.

Tam się pytam o mojego kuzyna księdza, który został stracony w Działdowie przez gestapo i ta właścicielka telefonu mówi mi, że tu jest taka starsza pani, która ma ponad 120 lat i chciałaby z panem mówić. Połączono mnie z ta kobietą. Ta kobieta wszystko wiedział o mojej rodzinie. Mówi do mnie tak: Zbyszek przyjedź do mnie to ci dam zdjęcia dedykowane dla ciebie. Zdjęcia zginęły w powstaniu warszawskim. Jedno było z dedykacją księdza Skorupki dla mnie. Fotomontaż, ale postacie są autentyczne. To robił mój chrzestny, pierwszy fotografik w Warszawie, który robił zdjęcia w czasie tej wojny i autentyczne twarze tych wszystkich udziałowców tej walki.

Filmy