Józef Drożdż

Biografia
Józef Drożdż

Urodził się 2 stycznia 1918 roku w Bielsku jako syn Tomasza i Anieli. Miał czwórkę rodzeństwa. Ojciec brał walczył w I Wojnie Światowej, a po jej zakończeniu pracował w przemyśle. Józef, podobnie jak trzech starszych braci, należał do harcerstwa, gdzie od 1933 roku był drużynowym. W 1937 roku uczestniczył w kursie podharcmistrzowskim. . Interesował się również lotnictwem – w 1934 i 35 roku ukończył trzy stopnie kursu szybowcowego. Od 1937 uczęszczał do Liceum Pedagogicznego w Białej. Po wybuchu II Wojny Światowej został mianowany komendantem pogotowia harcerskiego. W 1939 roku zetknął się z Edwardem Zajączkiem, działaczem narodowym zaangażowanym w działalność konspiracyjną. Aresztowany w grudniu 1940 roku przez Niemców, po czym trafił do KL Auschwitz z numerem 7602, gdzie przebywał trzy miesiące. Później przewieziony i więziony w Bytomiu i Zabrzu w związku z toczącym się śledztwem dotyczącym działalności konspiracyjnej. W styczniu 1945 roku został wywieziony do Mathausen, a następnie do Gusen, gdzie został wyzwolony. Zdał maturę w 1946 roku, później studia na AWF w Warszawie. Zawodowo, do pierwszej połowy lat ‘80 pracował jako nauczyciel.

Relacja

Od 1958 roku do 1988 roku byłem członkiem Polskiego związku narciarskiego. Potem doktor Krzeszowiak to przejął.
Urodziłem się 2 (bardzo niewyraźnie mówi) stycznia 1918 roku, czyli jeszcze w zaborze Austriackim. Rodzice Tomasz i Aniela. Miałem trzech starszych braci Franciszek urodzony w 1911 roku, Karol w 1912, Jan 1914, później byłem ja, potem siostra Waleria 1920, Genowefa 1922 i Adam w 1928. Mieliśmy ciężkie warunki. Mieszkaliśmy w Bielsku. Jestem bielszczaninem. Mieszkaliśmy w kamiennicy. To był stary budynek. Miał numer 89. Mieszkaliśmy tam do 1927 roku. Tam były ciężkie warunki nie było prądu, a trzech braci chodziło już do szkoły średniej. Ojciec był początkowo pracownikiem w fabryce. Najpierw był na wojnie. Z wojny wrócił w 1918 roku stopniem starszego sierżanta. Początkowo pracował w przemyśle, ale potem był na kursie. To się nazywało badacz mięsa. Warunki nam się poprawiły. Kupiliśmy mieszkanie w budynku numer 269. Były cztery pokoje. Przedtem to była wioska. Nie było nazw ulic tylko numery budynków. Brat Janek pracował w Poryszu w fabryce. Aresztowany w 1942 roku został rozstrzelany.

Moi wszyscy bracia byli starszymi harcerzami. Byłem na obozie brata w Pewli Wielkiej w roku 1928. Zaimponowało mi to i od tego czasu powiedziałem, że też będę harcerzem. Pierwszym moim drużynowym był syn generała Przeździeckiego. Potem był dyrektor szkoły handlowej Dajbel był jeszcze lepszym drużynowym. Byłem najpierw zastępowym, a potem przybocznym i w 1933 roku odchodził na studia i zostałem najmłodszym drużynowym w Chorągwi Katowickiej. W mojej drużynie było wielu kolegów z gimnazjum. W 1935 roku uważano nas za najlepszą drużynę, bo zawsze najlepsza drużyna szła ze sztandarem. W 1937 roku przeszedłem do Liceum Pedagogicznego w Białej. Jeden rok sobie „siadłem”, bo zajmowałem się lotnictwem. W 1934 roku ukończyłem kurs szybowcowy w Goleszowie kategoria A i B. w 1935 roku nad jeziorem (nie pamięta nazwy) robiłem kategorię C. Potem pojechałem do Warszawy w 1936 roku. W 1937 roku byłem na kursie podharcmistrzowskim, ta był późniejszy komendant konspiracji, w Suminie nad granica niemiecką. Tam dostałem pierwsze wieści o wojnie. On mi proponował, żebym pojechał do Prus wschodnich, ale wróciłem do Bielska. W 1938 roku Zaolzie się zaczęło. W 1939 roku ja się nie ujawniałem. Byłem w ukryciu. Nie angażowałem się. Tych wszystkich starszych już pociągli. Ja byłem w prawdzie poborowym, ale do wojska miałem na przyszły rok iść. Biała było osobnym miastem. Bielsko osobnym. Ja byłem przybocznym w Białej, a Bielsku, jako stary drużynowy i mianowali mnie komendantem pogotowia harcerskiego na te dwa miasta. 20 czerwca 1939 roku.

– Czy pana rodzice lub rodzeństwo było związane z ruchem narodowym?
– Cały czas. Ojciec był w katolickim. W konspiracji wszyscy byli. Ojciec prowadził związek podoficerów. Raczej z Piłsudzkim był. Ja też byłem na pogrzebie Piłsudzkiego.

– Czy pan z Edwardem Zajączkiem zetknął się przed wojną? Jak to wyglądało?
– On założył drużynę harcerską. To była czwarta drużyna. Moja była trzecia. On mnie znał i w 1939 roku zostałem wezwany do mieszkania i tam Zajączek właśnie był. Złożyłem w ten czas przysięgę. Powierzył mi organizację na terenie Podbeskidu. Zorganizowanie łączności. Tworzyły się trójki.

– Kiedy pan składał przysięgę?
– 19 listopada.
Działalność szła ładnie. Łącznicy jeździli do Żywca. W Żywcu była taka Sapicka, harcerka. Dostarczali jej te gazetki. Lidka Siwiec była Wadowicach. Tam jej dostarczali, roznoszone było. Ja gazetki pobierałem nie w Bielsku tylko otrzymałem w Czechowicach. To było Świt, Dobosz, Orlęta. Najwięcej było Świt i Dobosz. Zawsze jeździłem elegancko ubrany. Wchodzę na dworzec. Mam całą paczkę tych gazetek. Obława. Przerzuciłem ta paczkę i przeszedł koło policjantów niemieckich. Wsypa była taka, że może za odważnie to było robione. Jednemu koledze powiedziałem czy nie wziąłby tego do Kęt i wymieniłem nazwiska. On ich nie znał i nie pojechał. On miał u jakiegoś wojskowego. I u niego znaleźli. Ja gazetek w domu nigdy nie trzymałem. Jego strasznie zbili. Jak go przyprowadzili i zobaczył mnie to zdębiał. Trzy godziny mnie tam męczyli. Parę zębów wybili i rękę uszkodzili. Nagle wołają transport. Podjeżdża samochód z fabryki wódek. Poprosiłem kierowcę, bo to był znajomy Niemiec, żeby dał znać do domu, że mnie aresztowano. To było 18 grudnia 1940 roku. Aresztowania były piątego grudnia. Ja byłem aresztowany ostatni do tego transportu.

– To było z łapanki?
– Nie. Wpadli, bo w drukarni był sklep Handlowicz. To był powstaniec śląski i miał żonę Niemkę. On prowadził sklep papierniczy. I tam była rozdzielnia i tam wtedy Nogaja i parę osób złapano. Ja się specjalnie nie przejmowałem, bo tylko Nogaj znał moją działalność. Wiedziałem, że mnie nie wsypie. Był za pewny. Też był zaprzysiężony.
Piękna choinka oświetlona, a pod nią już trupy leżały. W tym dniu aresztowanych było osiemset ludzi. Miałem numer 7602. Nogaj miał 7001 i zaprowadzili nas do takiej sali. Ja tam byłem na obozie PW w 1939 roku.

W końcu były ułożone sienniki, a tyle wesz, że aż się ruszały. Tyle tam było wszy. Tę noc jeszcze staliśmy zblokowani w Sali. Osiemset. W czasie drogi zobaczyłem kompanię karną. Jadą tymi taczkami i jeden upadł. Chciałem podlecieć i podnieś go jak kapo dał mi kopniaka. Potem wiedziałem, żeby nie patrzeć, gdzie nie potrzeba.
Poszliśmy do kąpieli. Rozebrali nas do naga. Po ciepłej kąpieli dostaliśmy ubrania, piżamy. Wróciłem na blok 11, ale jak mówię to w ten czas nie był blok 11. tam nas było koło dziewięćdziesięciu osób
Przed nowym rokiem dostałem się na blok numer 3. Tam na pierwszym piętrze był polski chorąży szefem. Jak się nazywał nie pamiętam.

– Z Bielska przewieźli was do Katowic?
– Nie. Prosto do Oświęcimia. Jechaliśmy ciężarówką z fabryki wódek. Ja poprosiłem kierowcę, żeby dał znać do domu, że jestem aresztowany, ale się nie dało, bo się bali. Była odkryta plandek i też byliśmy zbici, jak śledzie. Tam wjechaliśmy. Pięknie oświetlona choinka, a pod choinką trupy.

– Jak wyglądało nadawanie numerów?
– Zaraz jak dali ubrania dali numer taki na rękę naszywany i na spodniach też. Tatuaży nie było. Były dopiero w drugim roku. Dlatego niektórzy mi mówią byłeś w Oświęcimiu a nie masz tauaża. Dopiero w 1942 roku dawali. Dlaczego tak było? Były takie wypadki. Wiedzieli, że niosą kogoś na karę śmierci. Trup leżał no to przeszywali sobie numery. Niemcy się zorientowali.
W Oświęcimiu byłem niecałe trzy miesiące. W styczniu przyjechało gestapo i śledztwo. Na tej dużej Sali, która jeszcze tam jest w tym starym budynku. Ten budynek był jak wojsko było. Jak myśmy tam mieli obóz PW to tam spaliśmy na tej sali.

– Czyli przed wojna był pan tam na tym terenie?
– Byłem. Znałem te tereny. Tam był piąty dak. Taka konna alteria jeździła. To był plac ćwiczeń.
Pierwsza noc. Kładź się na boku i te wszy zaczęły działać. Co ciekawe wszy najbardziej szły do czystej bielizny. To było paskudztwo straszne. Dostałem się na blok 3, gdzie trzeba było bardzo uważać.
W wigilię Sapieha posłał po Bochenki chleba. Musiało być nas wtedy sześć tysiące, bo sześć tysięcy bochenków chleba przyszło. Każdy z nas otrzymał po bochenku chleba.
Jak się pieniądze miało można było kupić taką rybią zupę z oczami.
Jeśli chodzi o spanie to były straszliwe warunki. Sienniki były na ziemi. Ubikacje były na polu. Kiedyś wpadł jeden do tej latryny. Staliśmy cztery godziny aż go znaleźli, bo stan się musiał zgadzać. Jak brakowało jednego to nieraz stało się dwanaście godzin.
Najpierw po przyjęciu mieszkałem na tym 11, ale wtedy to nie była 11. Tam mieszkałem chyba do 29 grudnia. Jak ktoś poszedł do ubikacji to nie miał prawa wrócić. Ludzie byli nerwowi. Ja powiedziałem sobie, że to przetrzyma i szczęśliwie wróciłem.
Potem na tym bloku 23 jak przyszedł esesman. Kto się mu nie podobał nogi brudne pod pompę, bo umywalek żadnych nie było. Jak taki biedak poszedł boso, a mróz był. 20 stopni mrozu było. To nie były żarty. Dostaliśmy piżamy. Dostaliśmy rękawice.
Ja pracowałem cały czas. Nie cisnąłem się na jakieś specjalne stanowisko. Kolega mój z trójki pracował w kartoflarni. Jak przyszedł transport znajomi się szukali. Spotkałem potem Drozd się nazywał. Miał numer 1234. On mi trochę pomagał, bo ja miałem rękę skaleczoną po tej przeprawie, bo się zasłaniałem i do dziś dnia mam ten palec grubszy.
A tak poza tym wyszedłem dosyć możliwie w stosunku do innych.
Chodziłem do roboty. Tam rozbierali monopol i ja te cegły tam układałem. Mróz był, ale trzeba było to robić gołymi rękami. Tam miałem taka przygodę. Poszedłem do tego rozbierania. Nagle zemdlałem i wywróciłem się. Ten kapo kazał mnie nieść, żeby się wszystko zgadzało. Piątki, bo na bramie musiało się zgadzać. Orkiestra wtedy grała i trzeba było śpiewać. Na apelu trzeba było być. Na apelu trzeba było uważać. Nie było łatwo. Jak się zapytał o numer to po niemiecku trzeba było podać. Siedzieliśmy spokojnie i nagle na przesłuchanie do tej drugiej Sali. Zbieg okoliczności czy pomoc tego Bobka. To był szef gestapo, Niemiec. Protokół został na mnie rozeznany, że pięć gazetek znaczy pięć fluglet. Ja żadnych (?) nie miałem tylko Zaitung (?). Dlaczego ja się nie przyznałem, od kogo to dostałem. On mi przygadał, ale jak się nazywał ja nie wiem. Musiałem powiedzieć skąd ja to mam. Szczęście, że oni mieli mało czasu. I tego Królickiego zwolnili. Ja się cieszyłem jak się dowiedziałem. Po trzech miesiącach dostałem wiadomość, że go zwolnili, bo on zaprzysiężony to się zaparł. Jeśli chodzi o Gruszkę to jego aresztowali na rozprawę. Gruszka już tam siedział. Był taki wystraszony. Jak go zobaczyłem w Bytomiu, bo go do Bytomia przywieźli i wyglądał jak wariat. W tym Bytomiu też się ucieszyłem jak usłyszałem, że wojna wybuchła w Rosji.
Tam delikatnie nie bili, ale ja miałem dosyć wytrzymałe kości, ale nie przechodziłem takiego bicia jak niektórzy. Jeden powiedział prawdę jak już go tak tłukli. On był z rodziny wojskowej. Miał jakiś plutonowy kontakt.

– Jakie racje żywnościowe były na początku w obozie?
– Była porcja chleba. To było na śniadanie i na kolację. Kawa była i można było kupić zupkę
z oczkami. To jakaś rybia była. To można było kupić jak ktoś miał marki. Jak jeden miał to drugiemu dał.

– Skąd można było zdobyć w obozie marki?
– Jak miało się ze sobą to oni każdemu odebrali, ale prowadzili kartotekę i oddawali. Tak samo ubrania. Ja byłem w kilku miejscach, ale te ubrania za mną wszędzie aż do Mauthausen. Stamtąd już do mnie nie wróciły, bo tam było zamieszanie. Czapka mi tylko została oryginalna.

– Czy w obozie działał jakiś ruch oporu?
– Mógł działać, ale to były początki. Na pewno się spotykali. To były przyjacielskie, koleżeńskie pomoce. Patrzyło się, żeby kawałek chleba zdobyć i żeby nie podpaść. Naturalnie podać koledze rękę i podbudować. Ruch oporu prawdopodobnie zaczął się tworzyć. Może.
Jak się spotkało komunistę prawdziwego szczególnie Niemcy i Austriacy to człowiek czuł pewna pomoc. Jak mnie przenieśli z Gusen do Gusen jeden to kapo Ruski mi to załatwił. On był szefem na izbie chorych. Dostałem bardzo ładne ubranie. Tydzień jechaliśmy pociągiem z Mysłowic do Mauthausen, ale my mieliśmy zakryte wozy natomiast oświęcimiaki mieli otwarte. Dostaliśmy kawałek chleba. Jak się wysiadło to trudno było dojść do tego obozu. Zobaczyłem wspaniały pałac, wspaniały budynki. Mauthausen to wspaniałe budynki są. Poszliśmy do sali. Nie było jeszcze okien. Leżeliśmy na zimnej podłodze. Rano do ciepłej kąpieli i kto był głupi, a niedoświadczony to cisnął się do przodu. Ja już znałem te warunki. Oni byli niedoświadczeni. Mróz. Wykąpał się i musiał wyjść naprzód. Ja starałem się iść zawsze ostatni, żeby mnie ta woda za bardzo nie obmyła. I już jak szliśmy parę trupów było. Przeziębienia bośmy nago byli. Nago byliśmy pierwsze dni i potem dostaliśmy ubrania i nowa numeracja sto dwadzieścia dwa tysiące. Ja miałem trzysta dwanaście. I na ręce było. Tam nie było tatuaży robionych.
W Austrii nie było mowy o ucieczce, bo w Oświęcimiu można było myśleć, bo byli Polacy. Mnie jak prowadzili w Brzegu. Dwóch policjantów mnie prowadziło to ludzie szli i pluli, bo bandyta idzie. Przyszedłem do Gliwic. Ja w Gliwicach byłem skuty. Spałem i rozkuli mnie. Rano chcieli skuć innego, ja mówię to ja, ja. Potem w sosnowcu. W Sosnowcu muszę przyznać, że była troszkę opieka. Tam był Polak więzień, który się mną zaopiekował. Grypsy stamtąd wysyłałem. W sosnowcu byłem przed wyjazdem do Mauthausen. Bytom, Zabrze, potem była rozprawa w Katowicach. Potem Brzeg. Ja tam prowadziłem. Tam była fabryka butów. Tam czytałem książki. Tam nie było książki od Bismarcka do Hitlera, żeby nie było napisane, że Polak brudas, Polak złodziej. Różne zdania pod względem Polaków. Tam był Haufmajster. On mnie cały czas obserwował. Tam były takie szafki. Na tych szafkach było napisane, kto jest, za co siedzi. Ja się spodobałem, bo umiałem liczyć, pisać. Tam można było chodzić do kościoła. Potem był już zakaz.

– Czy mógł pan z Auschwitz wysyłać listy do rodziny?
– Raz na miesiąc. Ja wysłałem tylko dwa lity, bo ja byłem krótko. Pisałem po niemiecku. Potem listy szły do kontroli. Jeden list pisałem z Brzegu. W Brzegu siedzieli z Sosnowca złodzieje. Ale ten złodziej koledze by nie ukradł. Ja im pisałem te listy. Chcieli mi margarynę dać, chleb. Ja im macie to samo, co ja. A oni to jak wyjdziemy na wolność to ty będziesz kierował, a my ci przyniesiemy wszystko.
Jak w Oświęcimiu czy w Mauthausen ktoś ukradł to go zatłukli. Nie było mowy o kradzieży.

– Był pan w Auschwitz świadkiem samobójstw w obozie?
– Kuboszek się nazywał. Jego brat był ze mną w Oświęcimiu. To był budowlaniec. Został aresztowany w listopadzie. On leciał na druty. Ja mówię, co ty człowieku robisz. Zatrzymałem go i jak potem był w miejskiej radzie, on z Mazańcowic pochodził, to nie wiedział jak mi się może odwdzięczyć. Potem mi zawsze dziękował. Z człowiekiem trzeba było porozmawiać. Zawsze starałem się rozmawiać, żeby podtrzymać na duchu.

– Jak wyglądał taki zwykły dzień w Auschwitz?
– Gusen II był gorszy, ale w Mauthausen o szóstej była pobudka a o siódmej szliśmy do pracy. Tej pracy jeszcze nie było. Wzięli mnie kiedyś w niedzielę do odgarniania śniegu to murzyn dał nam chleba a esesmanom dał wódkę. Nie spotkałem już później tego człowieka, bo chciałem go spotkać. W Gusen II ledwo świt do otwartych wagonów wsiadali i jechali do Garhenkurchen. Tam budowali Niemcy do ostatniej chwili podziemne tunele na fabrykę samolotów meserszmitów. Tam były straszne warunki. Tam się przyjeżdżało i w wózkach wozili cement. Ciemno tam było. Było jedno piętro, drugie piętro i cały czas trzeba było to wyrzucać pięć, sześć łopat. Ja patrzyłem w prawo i w lewo. Jak nikt nie szedł to ja nic nie robiłem. Jak widziałem, że ktoś idzie to dwa, trzy kamyki podrzuciłem do góry. Cały czas trzeba było myśleć i nie wolno się było załamać.

Po trzech miesiącach w Auschwitz wywieźli mnie chyba w kwietniu do Bytomia na dalsze śledztwo. Potem na początku sierpnia wywieźli mnie do Zabrza też na pojedynkę. Tam dostałem wyrok. Cztery lata zuzhausu. Po czterech latach wezwano mnie na gestapo, żebym podpisał folzliste, że mnie zwolnią. Był grudzień 1944 roku.

W styczniu 1945 roku pojechałem do Mauthausen. Tam byłem na kwarantannie. Potem do Gusen. Dwa tygodnie tam byliśmy. Potem dostałem bardzo ładne ubranie. To musze przyznać. Tam już Polacy działali.

– W Auschwitz też była kwarantanna?
– Tak. Trzymali nas aż nas doprowadzili do ubrania. Może tydzień to trwało. Krótko w każdym bądź razie.

– Czy była jakaś gimnastyka, ćwiczenia?
– Nie, na kwarantannie nie.

– Jak wyglądało wyzwolenie?
– Leżałem nago. Przed końcem kwietnia. Tam był mój kolega gimnazjalny. On był takim moim opiekunem. Jak przychodziła kontrola to mnie chowali. Moment oswobodzenia. Krzyk. Wkroczyli Amerykanie. Zabrali posty i teraz po nauki. Rozrywali niektórych, niektórzy od razu wychodzili. Ludzie rzucili się na jedzenie. Potem poumierali. Ja cały czas jadłem swój chleb. Zdawałem sobie sprawę, że mogę się wykończyć. Nie można się było rzucić na jedzenie, ale ludzie nie panowali nad sobą. Były takie przypadki, że z trupa wątrobę jedli.

W obozie miałem czerwonkę. Tyfusu nie miałem.

– Kiedy wrócił pan do kraju?
– 13 lipca ostatnim transportem. Jechaliśmy tydzień przez Morawską Ostrawę do Dziedzic. W tym czasie w Czechowicach jeszcze przyjmowali ormowcy. Przywieźli nas Amerykanie. Brzydkie było przywitanie na granicy. Czesi jeść nam dawali, a tu Żydówka z nami jechała i polski podchorąży zabrał jej czekoladę. Chcieliśmy go obić. Jak tak można.

Trzeba było wierzyć, że się wróci.

– A jak pana rodzina?
– Z rodziną to strasznie. Brata, który był ze mną w konspiracji Jana rozstrzelano w 1943 roku. Karol był sekretarzem gminy. Sześć tygodni ich tu nie było, bo wyjechali wszyscy, ale stosunki sąsiedzkie były niezłe. To go do kopalni dali. Po powrocie od razu w styczniu 1946 roku jak ja wróciłem to już pogrzeb mu robili. Najstarszy brat Franciszek miał wypadek w sporcie i dostałem potem wylew i przed wojną zmarł. Adam miał 12 lat. Przy matce był w domu. Proboszcz się nim opiekował, bo on ministrantem był. Waleria najpierw, jako służąca robiła, a potem wyszła za mąż do Wadowic. Genowefa, jako służąca robiła u znajomych Niemców. Pokończyły szkoły handlowe. A Adam jest teraz chory. Ten, co miał dwanaście lat. Ojciec zmarł w 1949 roku. Był działaczem katolickim i społecznym. Zabrali go do pracy do lasu.

Maturę zdałem w 1946 roku. Poszedłem do szkoły dla pracujących. Tam miałem klasy ubowców. W 1949 roku uczyłem w SPP. Taka szkoła była w hotelu. To były sieroty po zmarłych rodzicach. Ciężka młodzież była, ale ją sobie zjednałem. To była szkoła przystosowania zawodowego.
Potem poszedłem na studia AWF w Warszawie.
Na emeryturę poszedłem chyba w 1982-84 roku. Do końca uczyłem w szkole.

Filmy