Klisze pamięci

Jest połowa maja 2014 roku. Harmęże pod Oświęcimiem, kościół franciszkanów przy Centrum św. Maksymiliana. Po raz dwudziesty, może trzydziesty staję na schodach do piekła. Kilkanaście surowych, betonowych stopni wiodących w dół, do podziemi. Przewodnikiem jest ojciec Piotr Cuber, gwardian franciszkanów i proboszcz miejscowej parafii, który swoim zwyczajem, zanim otworzy wrota do piekła, staje przy ogromnej fotografii przedstawiającej więźniów z pierwszego transportu do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz na peronie tarnowskiego dworca. – Ta potłuczona, posklejana taśmą szyba, za którą znajduje się zdjęcie, to nie jest dzieło chuliganów. To świadomy zamysł artysty – tłumaczy.

Od lewej: Bogdan Wasztyl, Marian Kołodziej i Józef Szajna.

Stoimy na schodach w kilkanaście osób. To ekipa realizacyjna filmu „Pilecki”, do którego następnego dnia zaczniemy zdjęcia. Jest i Marcin Kwaśny, aktor, który wcieli się w postać bohaterskiego rotmistrza. Jako scenarzysta i producent filmu długo zastanawiałem się, jak wprowadzić ekipę w świat Auschwitz, jak sprawić, by zrozumieli i poczuli, czym był obóz koncentracyjny i zagłady? Uznałem, że bardziej przemówi do nich wystawa Mariana Kołodzieja niż zwiedzanie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Teraz z satysfakcją patrzę na zasłuchane w słowa ojca Piotra twarze i wiem, że to był najlepszy wybór. Wiem, jak za półtorej godziny – po przejściu przez labirynty, które przygotował dla nich Kołodziej – będą wstrząśnięci, porażeni, oszołomieni tym, co zobaczą. Oni nie wiedzą, czego się spodziewać. Stoją zawieszeni między światami – sielankowym spokojem wsi wygrzewającej się w delikatnych promieniach wiosennego słońca a tym, co za wrotami, do których dostępu broni jeszcze ojciec Piotr.

Metaliczny chrzęst klucza przekręcanego w zamku. Schodzimy w czeluść…

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Ja rysuję tylko piekło. Nie rysuję nieba. Zostawiam tylko prawą stronę „Sądu ostatecznego” Memlinga. Cały obóz to jest świat bez kolorów. Czerń i szarość. Nawet te topole, które zasadzili na wizytę Himmlera, i które rosną do dziś, to były tylko nagie kikuty, bo jak tylko pojawiły się liście a nawet pąki, to więźniowie zjedli wszystko. To mnie razi dziś, bo one są jak w sanatorium, wysokie, piękne, pełne liści topole. A one nigdy takie nie były, nie miały zieleni, liści, bośmy je zjedli, zanim zdążyły wypięknieć, zazielenić się…

*

Trudno pisać o Marianie Kołodzieju, bo początek tej opowieści nie jest pewny – nie wiadomo, czy to jego prawdziwa historia, czy też przywłaszczona w czasach obozowej gehenny tożsamość zmarłego kolegi. Przywłaszczona po to, by ratować własne życie.

Oficjalnie urodził się 6 grudnia 1921 roku w miasteczku Raszków, dziesięć kilometrów na północ od Ostrowa Wielkopolskiego. Jego rodzice, Michał i Pelagia, prowadzili piekarnię, a sam Kołodziej mawiał później o sobie, że był „chłopakiem z dobrego domu”, co w Auschwitz miało swoje straszliwe konsekwencje. W konserwatywnym domu wpajano mu tradycyjne wartości i przekonanie, że patriotyzm to gotowość poświęcenia się dla wolnej Polski. W czasach szkolnych (uczył się w Gimnazjum Męskim w Ostrowie Wielkopolskim) aktywnie działał w ruchu skautowskim prowadzonym przez księdza Lecha Ziemskiego „Siwego Sokoła”, uczestnika Powstania Wielkopolskiego i wojny polsko-bolszewickiej, kapelana Armii Krajowej.

Po wybuchu drugiej wojny światowej wraz z kilkoma kolegami z gimnazjum próbował uciec przez „zieloną granicę” do Francji, by walczyć z Niemcami w formującej się tam polskiej armii generała Władysława Sikorskiego. Po kilku nieudanych próbach Kołodziej wraz z najbliższym przyjacielem, Marianem Kajdaszem, podejmują kolejną. 17 stycznia 1940 roku wyruszają pociągiem do Krakowa, gdzie zamierzają zameldować się w punkcie kontaktowym i oczekiwać na przewodnika, który przeprowadzi ich na Węgry. Pod Jędrzejowem ma jednak miejsce katastrofa kolejowa. Ciężko ranni z połamanymi nogami trafiają do jednego z krakowskich szpitali. Dochodzą do zdrowia przez trzy miesiące a później stawiają się w Bursie imienia Stanisława Pigonia przy ulicy Garbarskiej 7a. W przeddzień przerzutu gestapo robi nalot na bursę i aresztuje wszystkich. Kołodziej wraz Kajdaszem trafiają do więzienia przy Montelupich, skąd po dwóch tygodniach Niemcy przewożą ich do więzienia w Tarnowie. W wieloosobowej celi czekają tygodniami na to, co przyniesie los. Cierpią głód, bo racje żywnościowe są bardzo skromne, a rodzina nic nie wie o ich losie, więc nie przysyła paczek. Nie są wzywani na przesłuchania, nudę zabijają grą w szachy zrobione chleba i rozmyślaniem nad przyszłością.

13 czerwca 1940 roku wieczorem Niemcy wyprowadzają ponad siedmiuset polskich więźniów do żydowskiej łaźni w Tarnowie. To w większości młodzi ludzie, którym udaremniono ucieczkę do Francji. Następnego dnia wczesnym rankiem Niemcy podrywają aresztantów na nogi, formują z nich zwartą kolumnę i prowadzą na dworzec kolejowy. Strzelają w okna, gdy dostrzegą, że któryś z mieszkańców próbuje odprowadzić wzrokiem ten upiorny pochód.

Oświęcim, 14 czerwca 2005. Marian Kołodziej z byłymi więźniami Auschwitz z pierwszego transportu przed budynkiem pierwszej kwarantanny.

Więźniowie zasiadają w przedziałach pociągu osobowego, stłoczeni nadmiernie. Na korytarzach zostają żandarmi z bronią gotową do strzału. Jest gorący czerwcowy dzień a wielu ma na sobie zimowe ubrania, w których ich pojmano. Nie wolno otwierać okien, nie ma niczego do picia. Rozmyślają o celu podróży, wielu ma nadzieję, że jadą na roboty do Niemiec.

Pociąg rusza wolno i tak będzie się toczył przez wiele godzin. W południe dociera do Krakowa udekorowanego nazistowskimi flagami. Z głośników na peronach słychać niemieckie marsze i komunikat, że Paryż padł. Pasażerowie pociągu specjalnego nie dowierzają – Paryż padł? Takiego rozwoju wypadków się nie spodziewali. To, z czym zetkną się za kilka godzin, będzie jeszcze bardziej niewyobrażalne…

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Cała wystawa jest widzeniem siedemnastolatka, człowieka, który dojrzewa. Tragizm jest w tym, że pod koniec XX wieku, u schyłku życia wracam do tego, zamykam się w obozie na długie lata. A mógłbym sobie malować piękne rzeczy…

Dramaturgia napisów, jakie były w celach bloku 11, Bloku Śmierci w obozie. Sam tam siedziałem w ciemnicy przez 11 miesięcy, światełko dochodziło tylko przez małe otwory… To są jakby te moje najbardziej dotkliwe cierpienia – siedzenie w ciemnicy bloku 11, stanie w celi stojącej i wiszenie na słupku… Jedenaście długich miesięcy z wyrokiem śmierci…

*

14 czerwca 1940 roku późnym popołudniem pociąg specjalny z Tarnowa przejeżdża przez stację Auschwitz, ale nie zatrzymuje się. Wolno toczy się dalej po jakiejś od dawna nieużywanej bocznicy, trzęsąc się, szarpiąc, skrzypiąc. Trzask otwieranych drzwi. Wrzaski, ujadanie psów, brutalne bicie. Ciągłe ponaglanie – szybciej, szybciej, szybciej. Oszołomieni więźniowie upadają pod uderzeniami drewnianych pał, przepychają się, tratują wzajemnie próbując uniknąć razów i kopniaków. Gdy ich oprawcy uznają, że są już wystarczająco zmaltretowani, formują z nieszczęśników równe szeregi, katując ich przy tym nieustannie. To pierwszy apel w obozie Auschwitz. Na środku placu stawiają krzesło, na którym staje zastępca komendanta obozu. Jego słowa więźniowie zapamiętają na długo, mimo że ich sensu początkowo nie rozumieją:  Wy Psy, Polnische Bande. Pamiętajcie, że to obóz niemiecki, a nie sanatorium. Będziecie tu pracować do końca swojego życia. Porządnie pracujący więzień może tu przeżyć trzy miesiące, kombinator lub złodziej przeżyje może pół roku, księżom i Żydom daję trzy tygodnie. Nie zapominajcie nigdy, że wyjście stąd jest tylko jedno – przez komin! A jeśli się to komuś nie podoba, może od razu iść na druty.

8 – 14 czerwca 2006. Marian Kołodziej i Halina Słojewska-Kołodziej podczas uroczystości upamiętniających deportację pierwszych Polaków do KL Auschwitz.

Rejestracja. Więźniowie tracą imiona i nazwiska, stają się numerami. Kołodziej numerem 432. Pozbawieni wszelkich praw, nawet własnych nazwisk, mają się załamać, wyzbyć ludzkich cech i bezwolnie poddać terrorowi. Kołodziej mówi krótko: Więźniowie kopniakami wrzuceni w rzeczywistość obozową zostają ostrzyżeni, zanurzeni w beczce śmierdzącego lizolu, naznaczeni numerem. Tak tracą osobowość.

To zdecydowanie nie jest miejsce dla „chłopaka z dobrego domu”. Niemieckie obozy koncentracyjne – podobnie jak sowieckie gułagi – zorganizowano w taki sposób, by wydobywały z więźniów najgorsze cechy i opierały się na najniższych instynktach, by więzień dla drugiego więźnia nie był towarzyszem niedoli lecz rywalem w walce o przeżycie kolejnej minuty. System preferuje bezwzględną siłę i egoizm, eliminuje słabych i tych, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości.

Za drutami Auschwitz w pierwszym okresie funkcjonowania obozu życie więźnia nie ma żadnego znaczenia. Dla kaprysu niemieccy nadzorcy mogą go zastrzelić, zakatować, zamęczyć nieludzką gimnastyką albo pracą ponad siły, zagłodzić, znękać psychicznie do tego stopnia, by zmusić do samobójstwa (Zmieni się to z czasem, gdy system uzna, że niewolnicza siła robocza jest niezbędna dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego).

Numer 432 jest młody, silny fizycznie, wysportowany. Ale są też inni młodzi, silni a opadają z sił, umierają. Kołodziej jednak wciąż żyje, mimo że ma wątpliwości i odebrał dobre wychowanie. Nie potrafi rozpychać się łokciami, walczyć o lepsze miejsce, większą porcję nędznej zupy, lżejszą pracę. Nie jada łapczywie, jak inni, ziemniaków z łupinami, ale obiera je skrupulatnie. Da niego te ziemniaki obierane z łupin są formą walki o zachowanie człowieczeństwa w nieludzkim świecie.

Płaci za to wysoką cenę. Wykańcza go nie tylko nieludzko ciężka praca w skrajnie trudnych warunkach, wykonywana zawsze biegiem, ale i rutyna codzienności. Józef Hordyński, oznaczony numerem 347, powie o pierwszym okresie w obozie: Dnie całe to jedna kaźnia. Od czwartej godziny rano do ósmej wieczorem w powietrzu unoszą się klątwy niemieckie i rozlegają odgłosy uderzeń kija i pięści. Niemcy, zawodowi bandyci, którzy pomagają esesmanom, otrzymują specjalne instrukcje, jak się mają obchodzić z więźniami politycznymi, Polakami. Mogą nas bić a nawet mordować i nie będą przed nikim za to odpowiedzialni.

Szybko, szybko, jeszcze szybciej. Ale zawsze jest zbyt wolno, nierówno, nie tak. Zawsze jest powód do bicia. W tym pośpiechu nawet obiad nie zawsze zdąży się zjeść. Bez łyżek wlewa się z menażki gorącą strawę w usta i biegiem pędzi na plac na dalszy „sport”. Kolacja – 300 g chleba i wyciąg z jakichś zielsk, które nazywają herbatą. Rano tylko „herbata”. O myciu nie ma mowy. Z potrzebą tylko w czasie przerwy obiadowej, podczas której nawet obiadu nie zdąży się zjeść. A w tym celu tylko jedno miejsce dla wszystkich.

Po latach Kołodziej zauważy: Trzeba biegać z próżną taczką i pełną taczką, kto ustaje, temu kapo wymierzają grubym kijem 25 batów. Kara ta staje się najpospolitszą. Za drobne przewinienie 25 batów. Karani stają na granicy życia i śmierci.

Sam był karany. Osłabł, więc nie nadążał. Trafiał do ciężkich komand, gdzie przydzielano mu wycieńczającą organizm pracę. Muzułmaniał – opadał z sił, obojętniał, gasł, tracił wolę życia… Zdarzało się, że nie miał siły podnieść odpowiednio menażki, żeby chochla blokowego nalała tyle zupy, ile trzeba. Ale zawsze wtedy jakimś cudem pomagali mu koledzy. Wciąż żył.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Muzułmanin, ważący 36 – 38 kilo, numer 432, wiecznie głodny, a rzadko, od wielkiego święta, łaskawie przydzielane trzy ziemniaki z łupków obierałem. Nie zjadałem ich łapczywie z łupinami, chociaż moi towarzysze je sobie zwierzęco wydzierali. A byłem głodny jak i oni. Wieczny muzułmanin z tą wątłą, ledwie tlącą się iskierką wiecznie dogorywającego człowieczeństwa, walczący z wszechpotężną machiną zniszczenia, absurdalnie łupami z ziemniaków. Dowodem dla siebie, że jeszcze mam w sobie tyle silnej woli i cywilizowanego nawyku, ja – odczłowieczony numer z resztką okruchów sumienia, w duszących dymach krematoriów, w ogromnych obszarach nienawiści, stale przed końcem, przed zagładą. W tym piekle jeszcze dziecko, ofiara i świadek.

*

Byli więźniowie zawsze napotykali na trudność w opowiadaniu o swoim pobycie w Auschwitz. Obozowa rutyna upodabniała do siebie kolejne dni. A nad tą codziennością wypełnioną morderczą pracą i niezliczonymi obowiązkami nieustannie ciążył strach wynikający z permanentnego poczucia zagrożenia, absolutnej niepewności losu. Kołodziej zapamiętał obrazy, nawet nie tyle zapamiętał, ile wryły mu się one głęboko w pamięć i osiadły gdzieś w podświadomości.

Pierwsza Wigilia w obozie… Z dwunastu więźniów którzy przy prowizorycznym stole dzielą się kawałkiem czarnego chleba zamiast opłatkiem, obóz przeżyje tylko Kołodziej. Za oknem ich bloku w ten grudniowy wieczór 1940 roku esesmani przygotowali koszmarne misterium – na drzewie, niczym bombki na choince, powiesili dziesięciu skazańców.

Tłum. Wszędzie tłok, od którego nie można uciec, przed którym nie można się schronić. Tłok w umywalni, w latrynach, w kolejce do kotła z zupą, na alejkach obozowych w wolnej godzinie spaceru, w sztubie, na pryczy… Obóz jest nieustannie przepełniony a warunki sanitarne straszne. W pierwszych latach więźniowie śpią na ziemi w niewyobrażalnej ciasnocie, sprasowani tak ciasno, że nie sposób się obrócić. Jeśli pierwszy położy się na lewym boku, w tej pozycji śpi cała sztuba. Pięciuset w jednej, śmierdzącej izbie. Przy drzwiach beczka kloaczna, przepełniona moczem i kałem. Potem, gdy pojawią się prycze, będą dwupiętrowe, by wykorzystać maksymalnie każdy metr kwadratowy powierzchni. I szczęście mają ci, którzy śpią tylko we dwóch na jednym poziomie.

Budowa. Obóz się wciąż buduje, rozbudowuje, przebudowuje. A potem buduje się nowe obozy, nowe obiekty, magazyny, zakłady. Pracuje się bez zabezpieczeń, prymitywnymi narzędziami. Gigantyczne, betonowe walce służą do ubijania błotnistego podłoża. To najgorsza praca, za którą odpowiada jeden z najokrutniejszych kapo, niemiecki kryminalista Krankemann. Staje na szczycie walca i zarządza. Z jednej strony walca dwudziestu więźniów i z drugiej dwudziestu. Jedni ciągną, drudzy pchają. W lewo, w prawo, do przodu, do tyłu, tam i z powrotem. Najsłabsi padają pod ciężarem, ale nie można się zatrzymywać, bo praca musi postępować. Ci, którzy upadną, wgniatani są w podłoże.

Skrzynia z trupami. Kołodziej trafia do komanda Leichentraegerów – nosicieli zwłok. Zbierają oni z terenu obozu ciała zmarłych, zamęczonych lub zamordowanych i zwożą do krematorium. Ponieważ do końca 1941 roku więźniom nie tatuuje się numerów, Leichentraegerzy muszą przestrzegać obowiązujących procedur: napluć na pierś zmarłego, kopiowym ołówkiem napisać jego numer, wrzucić do skrzyni 4 ciała, zabezpieczyć skrzynię wiekiem, ponieważ krematorium znajduje się za drutami obozu, umożliwić straży przy bramie kontrolę bagnetem przez otwory w skrzyni, czy nie próbuje się przemycić wśród zwłok żywego więźnia poza lager, w pomieszczeniu numer jeden – po otwarciu skrzyni – trupy należy rzucić na stertę zwłok… Któregoś dnia wśród zwiezionych do krematorium ciał Kołodziej rozpoznaje zwłoki szkolnego przyjaciela, Mariana Kajdasza, z którym trafił do Auschwitz. Nie rzuca ich niedbale na stos w pobliżu krematoryjnego pieca, ale bierze na ręce, przenosi i delikatnie układa. Tylko tyle może zrobić.

Teatr w obozie. Kwiecień, może maj 1941 roku. Od niedawna więźniami obozu są wielcy polscy aktorzy – Stefan Jaracz i Leon Schiller. Nie wiadomo kto wymyślił, by w wolne niedzielne popołudnie zorganizować spektakl w jednym z obozowych bloków, ale taki spektakl się odbywa, raz, najwyżej dwa. Wszystko w konspiracji przed załogą SS i więźniami funkcyjnymi. Kołodziej przygotowuje prowizoryczną scenografię przysłaniając okna brudnymi, więźniarskimi kocami. Te najgłębsze przeżycia wynikające z obcowania ze sztuką w tym nieludzkim miejscu wyznaczą jego zawodową drogę.

Słupek. Najokrutniejsza z obozowych kar. Więźnia wiesza się za wykręcone z tyłu dłonie. Wisi na takiej wysokości, aby stopami nie mógł dosięgnąć ziemi. Straszliwy ból wykręconych stawów i nienaturalnie napiętych mięśni. Po czymś takim trudno wrócić do normalnego funkcjonowania, życia. To odłożony wyrok śmierci. – To swoiste obozowe ukrzyżowanie – zauważa Kołodziej.

Harmęże. Późna jesień 1941 roku. Po wysiedleniu mieszkańców wsi Niemcy organizują tam podobóz. Kołodziej jest wśród nieszczęśników, którzy późną jesienią oczyszczają groble i stawy rybne z trzcin i tataraku. Brodzą w błocie i szlamie po kolana, po pas i ciągle schyleni wyrywają zielska. Czasem z obozowego krematorium przywożą prochy ze spalonych ciał i utwardzają nimi dno stawów. Kołodziej coraz bardziej niedomaga. Gorączkuje, puchnie. Jego kark nabrzmiewa do tego stopnia, że nie sposób odróżnić szyi od ramion. Nie da się też zdjąć obozowej bluzy. Koledzy niosą go na rękach do obozowego szpitala. Rozpruwają pasiak, by wyjąć go z ubrania. W czasie drugiej obozowej Wigilii Kołodziej walczy o życie, a raczej o przeżycie… Wielokrotnie później pytał lekarzy, co mu wówczas dolegało. Nigdy nie uzyskał odpowiedzi.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

W tym rysunku przywołującym obozowy teatr zawiera się  powód, dla którego ja w ogóle się w teatrze znalazłem. Tu jest Jaracz, tu jest Schiller… Myśmy tworzyli teatr w Auschwitz w te wolne dwie godziny niedzielne. Moja rola polegała na zasłanianiu kocami okien, ale tak, aby to było trochę inaczej, jakoś je modelowałem, żeby nadać jakiś rytm, stworzyć wrażenie estetyczne. Oni mówili najprostsze rzeczy – Schiller śpiewał te swoje piosneczki ludowe, Jaracz recytował wszystkie swoje monologi, jakie kiedyś na scenie wygłosił, a przede wszystkim Jankiela z „Pana Tadeusza” Mickiewicza… Oni jakby wspominali historię naszą, polską, odwoływali się do korzeni, w tej beznadziei przywracali wiarę, dumę. Ja później przeniosłem to na projekty scenografii teatralnych.

Zostałem scenografem z testamentu Jaracza, który wręcz zobowiązał mnie do tego, żebym ja jako młody chłopak, z nadzieją przeżycia, mógł zdać sprawę z tego, co się w Auschwitz działo. Tak to było. Kiedyś, w pięćdziesiątych latach, dostałem nagrodę z podpisem Schillera na festiwalu sztuk współczesnych za moją trzecią scenografię i do dziś nie wiem, czy to był gest przyjaźni Schillera do mnie i sympatia z obozu, czy to była moja wartość jako scenografa. Bo mogła być to po prostu wdzięczność.

*

Z czasem i do Kołodzieja uśmiecha się obozowe szczęście. W 1943 roku trafia do pracy pod dachem – rysuje plany rozbudowy Auschwitz a także jego podobozu Blechhammer – Hydebreck, do którego go przeniesiono. To gdzieś między Kędzierzynem, Blachownią Śląską a Zdzieszowicami. Na tym terenie szybko rosną największe inwestycje przemysłowe III Rzeszy – zakłady wytwarzające paliwa syntetyczne na bazie węgla kamiennego. Kołodziej zdaje sobie sprawę, jak istotne znaczenie mają te zamierzenia dla machiny wojennej Niemiec. Potajemnie kopiuje plany i przez obozowy ruch oporu przekazuje na zewnątrz licząc na to, że poprzez struktury Armii Krajowej dotrą na Zachód. Gestapo jest jednak czujne a twardy ołówek pozostawia ślady na blacie drewnianego stołu. Brutalne śledztwo najpierw w Auschwitz a potem w Berlinie. Kilka miesięcy w więzieniu w Opolu w oczekiwaniu na zamknięcie śledztwa i przygotowanie aktu oskarżenia. Oskarżany o szpiegostwo może spodziewać się wyroku śmierci, a mimo to w więzieniu czuje się względnie dobrze, o wiele lepiej niż w Auschwitz. Regularne posiłki i spokojny sen, przewidywalność kolejnego dnia wynikająca z więziennego regulaminu stwarzają Kołodziejowi poczucie bezpieczeństwa, którego nigdy nie doznawał w obozie. Po latach powie, że te miesiące w więzieniu były swoistym urlopem od Auschwitz, pozwoliły mu się odbudować fizycznie i psychicznie, wrócić do zdrowia, odpocząć. Być może tylko dlatego przeżyje kolejny rok w obozie. Przeżyje z wyrokiem śmierci.

Bo na śmierć za szpiegostwo przeciwko III Rzeszy skazuje go w szybkim procesie sąd w Opolu. Po procesie Kołodziej zostaje odesłany do Auschwitz, gdzie ma być wykonany wyrok. Czeka na to osadzony w celi śmierci bloku 11. Niemal codziennie słyszy odgłosy egzekucji dokonywanych na dziedzińcu tego bloku, ale wciąż żyje. Mijają kolejne miesiące w oczekiwaniu na śmierć (w sumie jedenaście). Odwlekanie wykonania wyroku zawdzięcza kolegom z obozowej konspiracji. Im też udaje się wyciągnąć Kołodzieja z celi śmierci i wysłać późną jesienią 1944 roku w transporcie ewakuacyjnym w głąb Rzeszy. Jak to możliwe? W świecie Auschwitz mogły się wydarzyć nawet najbardziej nieprawdopodobne historie. Jeśli opowieść o przejęciu przez Kołodzieja tożsamości zmarłego kolegi jest prawdziwa, to nastąpiło to najprawdopodobniej w podziemiach bloku 11.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Obóz miałem bardzo ciężki. Powtarzające się okresy zmuzułmanienia, wciąż najgorsze komanda, żadnej funkcji. Ważyłem 36 kilo. Na lewej ręce na zawsze zostanie mi wytatuowany numer 432.

Nikt, kto nie był w obozie w odpowiednich warunkach, nie ma pojęcia, czym Auschwitz być mógł i czym był. To jest niewyobrażalne. Tego się nie da ani opisać, ani przeżyć. Żyć tyle dni, godzin, minut, sekund w takim napięciu, by uważać na wszystkie strony, czy dostanę drągiem teraz czy za chwilę, czy jakiś esesman nie rzuci mojej czapki poza dozwolony teren i każe mi po nią biec, by zastrzelić mnie niby udaremniając ucieczkę i zyskując kilka dni urlopu… Ciągłe zagrożenie śmiercią, które nie opuszcza człowieka – nie człowieka, numeru – nawet nocą…

To była fabryka śmierci w tym sensie, że człowiek, jego ciało było produktem przemysłowym. Nic się z nas po śmierci nie mogło zmarnować. Z włosów robiło się koce albo wojłoki na buty dla żołnierzy na froncie wschodnim, ze skóry abażury, złote i srebrne zęby wysyłano do skarbca Rzeszy i przetapiano w sztabki, z tłuszczu – mydło, z kości – karmę dla zwierząt. Dostawaliśmy zupę Avo z ości rybnych. Zastanawialiśmy się nieraz, czy czasem nie jemy kości naszych zamordowanych kolegów… To jest straszne, że w XX wieku ludzie zbudowali fabrykę, która wykorzystywała człowieka i jego ciało.

 *

Nie powinien przetrwać tej więźniarskiej tułaczki. Wielu nie przeżyło. Więzień przenoszony do innego obozu musiał zaczynać wszystko od nowa – oswoić się z nowym miejscem, nowymi zwyczajami, ludźmi, samotnością. Mógł liczyć tylko na siebie, pozbawiony kolegów, układów, możliwości więźniarskiej samopomocy.

Kolejne obozy: Gross-Rosen z jego przeklętymi kamieniołomami, Buchenwald, Sachsenhausen, wreszcie kompleks Mauthausen-Gusen, gdzie trafia w lutym 1945 roku. Praca w sztolniach Ebensee jest wykańczająca, ale ważący 35 kilogramów numer 432 kurczowo trzyma się życia. I dotrwa tak do 6 maja, do wyzwolenia obozu przez Amerykanów.

Przez kilka miesięcy wraca do zdrowia wśród pięknych, alpejskich krajobrazów. Zastanawia się, co począć z odzyskaną wolnością. Pod koniec lata wyrusza do Polski. Zapamiętuje mnóstwo czerwonych flag na granicy czechosłowacko-polskiej i krzyk sowieckiego żołdaka: Ruki wwierch! Odziany w wojskowe amerykańskie ciuchy z demobilu od razu wzbudza podejrzenia i jest traktowany jak amerykański szpieg. Krakowska bezpieka, brutalne przesłuchania, bicie, nękanie psychiczne, zastraszanie… Komunistyczni oprawcy pomawiają go o działania na szkodę PRL-u i zamykają w więzieniu przy Montelupich a później w więzieniu Świętego Michała w Krakowie. Na wolność wyjdzie po kilku miesiącach, ale codziennie będzie musiał się meldować na bezpiece.

Ludowe państwo nie ułatwia życia ludziom takim jak Kołodziej, zakwalifikowanym jako wrogowie ludu – nie należy im się wsparcie ani stypendium. Aby kontynuować studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Kołodziej musi na nie zarobić. Podejmuje się podłych, kiepsko płatnych prac, sypia byle gdzie, je byle co – najczęściej płatki owsiane z wodą, a od święta także z cukrem. Ale nie użala się nad sobą, walczy o to, by ukończyć wymarzone studia. Z czasem uśmiecha się do niego los i zamieszkuje w akademiku ASP, gdzie poznaje między innymi Andrzeja Wajdę. – To były takie czasy, że nikt niczego o sobie nie opowiadał – wspomni Wajda po śmierci Kołodzieja. – Marian był może od nas trochę bardziej zamknięty, milczący, skupiony. Wiedzieliśmy o nim tylko tyle, że siedział w Oświęcimiu, w Auschwitz. Ale nikt się nad sobą nie rozczulał, nie opowiadał, co go spotkało… Wszyscy żyliśmy tym, co będzie.

Kołodziej o dekadzie 1940 – 1950 powie tak: – Harówa i głód. W sumie 10 lat życia – nie-życia, samotności, gorzkich doświadczeń. Bóg, Honor i Ojczyzna. I znów pytanie – kto ty jesteś? I wciąż odpowiedź – Polak mały.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Zaskoczony łaską Boga i opatrzności losu, wyswobodzony przez armię amerykańską 6 maja 1945 roku w obozie Ebensee odzyskuję wolność. Wolność w zaskoczeniu. Fizycznie jeszcze żywy, skóra i kości… Wolność niezrozumiana w konaniu, okaleczone, pogruchotane prawdy zdruzgotanych swoich światów. Na lewej ręce na zawsze zostanie wytatuowany numer 432. Czy kiedykolwiek sam siebie ze swoich obozów wyzwolę?

*

Z dyplomem Akademii Sztuk Pięknych wyjeżdża z Krakowa i osiada w Gdańsku. Pracuje jako scenograf w Teatrze „Wybrzeże”, mieszka w samym centrum przy ulicy Mariackiej. Z czasem wychodzi też z samotności żeniąc się z Haliną Słojewską, aktorką macierzystego Teatru, zakładając rodzinę. Ale jako twórca na zawsze pozostanie sam. Nie zna innych malarzy, nie utrzymuje z nimi kontaktów, nie zapisuje się do Związku Plastyków ani innych organizacji twórczych, nie należy do żadnej partii, nie zrzesza się, nie wysługuje żadnej ideologii. – Byłem stale sam. Może miałem dość organizacji z czasów wojny, może taki się po prostu uchowałem.

Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, odmawia jego przyjęcia z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Wypiera z siebie Auschwitz, a przynajmniej nigdy o tamtym czasie nie opowiada, nie wspomina. – Kołodziej przez 50 lat nie mówił nic o obozie. Żył urodą teatru, sztuki, artystycznej codzienności. W tej codzienności odnajdował radość – powie po jego śmierci Halina Słojewska – Kołodziej.

Szybko zdobywa miano jednego z najwybitniejszych polskich scenografów. Wypracowuje swój osobny styl. Jego prace, bardzo malarskie scenografie, porażają barokowym przepychem, ilością szczegółów, ogromem. Współpracuje z najlepszymi polskimi teatrami i reżyserami – Adamem Hanuszkiewiczem, Stanisławem Różewiczem, Zygmuntem Hübnerem, Jerzym Jarockim. Znakomicie odnajduje się w filmie projektując scenografie i kostiumy do ponad trzydziestu obrazów w reżyserii między innymi Janusza Morgensterna, Tadeusza Różewicza i Wandy Jakubowskiej czy Kazimierza Kutza.

Halina Słojewska-Kołodziej

W swoich pracach często nawiązuje do motywów religijnych, więc nic dziwnego, że to jemu przypada zaszczyt zaprojektowania dwóch ołtarzy na wizyty w Gdańsku papieża Jana Pawła II w 1987 i 1999 roku. Ten pierwszy – „Okręt Kościoła”, który stanął na gdańskiej Zaspie, wielki średniowieczny żaglowiec z trzema masztami w formie krzyży i mostkiem kapitańskim dla Ojca Świętego – zostanie powszechnie uznany za najpiękniejszy ołtarz ze wszystkich papieskich pielgrzymek. Ten drugi, który stanie na sopockim hipodromie, przypomina wielką wyspę zabudowaną 105 figurami ludowych świątków, które wykonali twórcy z Kaszub.

Tereny byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Marian Kołodziej i Halina Słojewska Kołodziej po spotkaniu z papieżem Benedyktem XVI.

Ci, którzy mieli szczęście z nim pracować, podkreślają jego pokorę, spokój, skupienie na pracy, dbałość o każdy detal i wierność wartościom. – On był człowiekiem heroicznym, przez całe życie przeciwstawiającym się odczłowieczeniu świata – zauważy Halina Winiarska, aktorka. – Ubierał nie tylko nas, aktorów, ale cały świat ubierał w wartości: moralność, etykę, wolność. Zofia Kucówna, aktorka i przyjaciółka Kołodziejów, podkreśla, że on nigdy od ludzi niczego nie chciał. Nie narzucał się, nie zabiegał o uznanie, nagrody. I był bardzo oddanym przyjacielem.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Teatr zwierciadłem człowieka, próbą poznania naszej rzeczywistości. Naszej i mojej na nią wrażliwości. Ciągłe zdawanie egzaminów. Czy teatr, plastyka teatralna mają prawo uczestniczyć w wydarzeniach politycznych, czy mogą być w nie zaangażowane? Czy scenoplastyka może być czytana i odczytywana? Czy ma być tylko rozwiązaniem przestrzeni scenicznej na potrzeby przedstawienia? Czy istnieje obowiązek rezygnacji z własnej niezależności w tej syntezie wielu sztuk, jaką jest dzieło teatru?

Czuję, że chodzą za mną wciąż szeroko otwarte oczy moich dawno spopielonych obozowych współtowarzyszy. Kontrolują mnie Stefan Jaracz, Karol Frycz, Jerzy Szaniawski, profesor Józef Jachimek również. Moje egzaminy, rachunki sumienia, spowiedzi, bicie się w piersi w skrusze, byle widowiskowej. Malowałem ten swój własny teatr wyobraźni na scenie, wadziłem się o te nasze polskie sprawy, o człowieczeństwo, o nasze zachowania, moje fascynacje, pasje, żywioły malowane światłem, zacierane ciemnością. Klęski krwawe, podeptane ideały, plugawe zdrady, głupota władzy, nasze skłócenia. Ale także cudowna słoneczność Polski, krainy mlekiem i miodem płynącej, Polski czynów szaleńczych i straceńczych a pięknej. Hej, kto Polak na bagnety…

Ja jako plastyk po wielu latach ucieczki od tych wspomnień, od tych strasznych rzeczy, wypracowałem w sobie to, że w końcu patrzę na te swoje młodzieńcze przeżycia jak na film kiedyś oglądany czy książkę przeczytaną. To było dla mnie szalone osiągnięcie, wypracowanie takiego dystansu. Wszystkie moje prace jakby były radością istnienia.

*

W 1992 roku, Kołodziej będący już od trzech lat na emeryturze, doznaje wylewu krwi do mózgu. Nie traci przytomności, odczuwa, że karetka pogotowia, która wiezie go do szpitala, mocno podskakuje na wybojach. Potem długie, kilkugodzinne oczekiwanie na przyjęcie na oddział. Znów, jak przed wielu laty, jest na granicy życia i śmierci, właściwie nic od niego nie zależy.

Prawa strona ciała jest sparaliżowana. W ramach rehabilitacji lekarz zaleca przenoszenie ziaren groszku albo ryżu. Kołodziej woli rysować. Nie może jednak utrzymać ołówka. Żona przywiązuje mu sznurkiem ołówek do palców albo przytwierdza taśmą klejącą. Niewielkie karteczki z mozołem pokrywa niezdarnymi kreskami. Godzina po godzinie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Z plątaniny kresek wyłania się świat Auschwitz. Tak powstają pierwsze rysunki, które później złożą się na wielką wystawę „Klisze pamięci. Labirynty”.

Halina Słojewska-Kołodziej: – Wróciły do niego zapisane w pamięci obozowe klisze i zobowiązanie najlepiej ujęte przez wybitnego poetę, Zbigniewa Herberta: Ocalałeś nie po to, aby żyć. Masz mało czasu, trzeba dać świadectwo. Tak to się niezwykle wszystko zbiegło, może w obliczu powtórnej bliskości śmierci, tej, którą w różnych niemieckich obozach koncentracyjnych przeżywał przez pięć lat. Wróciło to wszystko do niego, że ma jeszcze ważny obowiązek, misję.

Obozowe wspomnienia już nigdy Kołodzieja nie opuszczą. Po dwóch latach ma spory zbiór prac o tematyce obozowej, ale waha się, czy je publicznie pokazać, bo to bardzo osobista wizja. W kwietniu 1995 roku w prezbiterium kościoła Świętej Trójcy w Gdańsku prezentuje te prace. Potem pokaże jej jeszcze w niemieckim Essen i we włoskim Bolzano. Profesor Giuseppe Amelio tak później napisze do Kołodzieja: Ojcze Marianie, tak zwracam się do Ciebie, bo przyszedłem na świat, kiedy Ty byłeś już od dwóch lat uwięziony w Auschwitz.(…) Jesteś dla mnie WIELKIM artystą i masz wiele wspólnego z Dante Alighieri, bo umiałeś zilustrować Piekło Oświęcimia w sposób jedyny, bezpośredni, tragiczny, skuteczny, co uczynił Dante w poezji. (…) Twoje dzieło pozostanie, aby odświeżyć pamięć przyszłych pokoleń, będziesz wspominany jako HOMER – PICASSO obozów koncentracyjnych.

Gdy Kołodziej dowie się, że w Harmężach, gdzie przed laty jako więzień obozu Auschwitz oczyszczał stawy i o mało tej pracy nie przypłacił życiem, franciszkanie wznieśli Centrum Świętego Maksymiliana, uzna, że to będzie najlepsze miejsce dla jego wystawy.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Mnogość szczegółów w moich pracach, to zagęszczenie scenografii, wynika być może z poczucia wyniesionego z Auschwitz, że ja w tej mnogości jestem sam, zawsze sam. W Auschwitz zagrożenie śmiercią było permanentne. W obozowej codzienności fotografa nie było. Ja, rysując, po części spełniam obowiązek dokumentalisty tamtej rzeczywiści, ale jest to spojrzenie moje, subiektywne, ja tamtej rzeczywistości nadaję jakiś porządek, wskazuję, co jest dla mnie ważne.

Udział tych rysunków w wystawie nie będzie tak istotny, one zejdą na dalszy plan. Kierować tym będzie coś innego, właściwie myśl, moje zdanie na temat końca XX wieku. Jest to widzenie katastroficzne, ale jakaś tam nadzieja, w końcówce się pojawi…

To będzie labiryntem. Każdy, kto zdecyduje się wejść, będzie musiał zobaczyć wszystko, bo nie będzie miał powrotu. Trapi mnie tylko rozterka, czy tak osobista, intymna, mnie tylko dotycząca historia jest do pokazania?

Gdyby jeden człowiek jadł ludzkie mięso, tak jak mojego kolegę zjedli, to byłoby to straszne. Ale fakt, ze cała masa obsiadła te zwłoki jak jakieś owady, że je tego człowieka, to możemy pomyśleć szalenie szeroko o tym, nawet tak, że i nas robaki zjedzą.

*

W 1989 roku pierwsi franciszkanie przybywają do Harmęż, by wybudować tam Centrum św. Maksymiliana. Pomysł, że powinni być stale obecni w pobliżu Auschwitz-Birkenau, miejsca męczeństwa św. Maksymiliana, tlił się w ich umysłach od dawna, ale dopiero upadek komunizmu w Polsce stworzył sprzyjające warunki. Kiedy w 1997 roku Marian Kołodziej po raz pierwszy od zakończenia wojny przyjeżdża do Oświęcimia, w Harmężach funkcjonuje już franciszkańskie centrum – jest nowy kościół, klasztor męski i klasztor żeński. Są też miejsca noclegowe dla gości. Kołodziej prosi o pokazanie podziemi kościoła. Surowa, betonowa przestrzeń zagracona jest niemiłosiernie wszelkiego rodzaju sprzętami i materiałami, bo przecież do niedawna tereny Centrum były miejscem budowy. Artysta prosi o udostępnienie mu części piwnic, bo chciałby w nich urządzić swoją wystawę. Opowiada franciszkanom o swoich obozowych przeżyciach i o tym, jak był świadkiem ofiary Maksymiliana Kolbe.

Od lewej: Józef Szajna, Halina Słojewska-Kołodziej, Marian Kołodziej, Bogdan Wasztyl

Niemal na rok Harmęże stają się drugim domem Kołodzieja i jego żony. Wystawa powstaje w niezwykłym tempie. Kiedy Kołodziejowi brakuje sił, rysuje leżąc. W sierpniu 1998 roku ma miejsce oficjalne otwarcie wystawy „Klisze pamięci. Labirynty”, jednak artysta wciąż rozbudowuje swoje dzieło. Kilka razy w roku przyjeżdża do Harmęż z nowymi pracami i pomysłami scenograficznymi – klisz przybywa, labirynty się rozrastają. Co jakiś czas Kołodziej prosi franciszkanów o udostępnienie mu kolejnego fragmentu piwnic, z czasem „anektuje” i zagospodarowuje całą przestrzeń w podziemiach kościoła.

Kołodziej wraca też do obozowych kolegów. Przynajmniej od końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku każdego roku bierze udział w uroczystościach upamiętniających deportację pierwszego transportu polskich więźniów politycznych do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Czasem zdarza mu się też osobiście oprowadzać po wystawie. W 2006 roku oprowadza kolegów z pierwszego transportu, którym towarzyszę. Jest słaby fizycznie, z trudem się porusza wspierając na kuli. Na szyi kołnierz ortopedyczny. Tej słabości fizycznej towarzyszą niezwykła błyskotliwość myśli i precyzja słowa. Przeżycia, których doznają oprowadzani, są niemal mistyczne.

Kołodziej pracuje, dopóki starcza sił. Ostatnie prace instaluje na wystawie w maju 2009 roku, gdy ma już 88 lat. Aranżuje też swój grobowiec, który staje się niejako częścią wystawy.

Umiera w Gdańsku 13 października 2009 roku. Dziesięć dni później zostaje pochowany w podziemiach kościoła w Harmężach.

*

Z wypowiedzi rozproszonych Mariana Kołodzieja:

Obóz był dla mnie próbą obrony człowieczeństwa. Walczyłem o to, by pozostać człowiekiem. Codziennie, w każdej godzinie, ruch oporu w obozie wynikł z tego, by obronić własne człowieczeństwo.

Jak nie będziemy bronić wartości, to będziemy mieli to, co jest dookoła nas. Musimy ich bronić. Jesteśmy oazami, które jeszcze to pielęgnują. Dla mnie Auschwitz jest jakby alibi dla tych strasznych rzeczy, które się dookoła nas dzieją, dla tych okropieństw, dla Sarajewa, dla Gruzji… To jest usprawiedliwienie. To była fabryka śmierci. Nie zareagował nikt…

Jednak widzę nadzieję. W tym, że ja, mimo choroby, zrobiłem tę wystawę. Nadzieja jest w tym, że człowiek potrafił to kazanie wypowiedzieć. Tak, w tym jest nadzieja i wartość. Przynajmniej dla mnie.

*

Połowa maja 2014 roku. Ojciec Piotr Cuber za moment wyprowadzi nas z Kołodziejowych labiryntów. Wskazuje na przyklejoną do drzwi kartkę zapełnioną odręcznym pismem i prosi Marcina Kwaśnego, by odczytał na głos przesłanie artysty. Marcin czyta z coraz większym wzruszeniem: …zanim zanurzysz się w codzienność życia – zatrzymaj się – posłuchaj raz jeszcze co ja – numer 432 – mówię do ciebie. Chciałbym ci za wspólne przeżywanie Auschwitz serdecznie podziękować. Twoja tu obecność, twoje indywidualne przeżycie moich Klisz pamięci, przejście moim Labiryntem, jest hołdem złożonym moim współtowarzyszom, którzy spopieleni odeszli. A zostali na zawsze ze mną. Moje rysunki, które oglądałeś, wytatuowano, jak i numer 432 – na mojej skórze. To moje wyryte głęboko rany. Wysmagany publicznie, z niewyobrażalnym okrucieństwem, krwawiąc obficie, czołgałem się ulicami Auschwitz, dźwigając swoje betonowe krzyże – na swoją Golgotę. To mój krzyk bólu i buntu. Moja nagość, wstyd, moje daremne kazanie z trudem stawianych kresek. Takie ryty naskalne, jaskiniowe – dla przyszłych – świadectwo zezwierzęcenia, ale i prób ratowania swego człowieczeństwa w XX wieku. Numer 432, Marian.

Marian Kołodziej

Wychodzimy z podziemni. Słońce świeci, ptaki śpiewają. Wsiadamy do samochodów, ruszamy na plan. Jedziemy kilka godzin, milcząc. W kolejnych tygodniach Marcin niemal codziennie będzie się wcielał w postać rotmistrza Witolda Pileckiego, więźnia Auschwitz numer 4859 i zrobi to znakomicie, stworzy kreację. W sześć lat później napisze do mnie: Wystawa Mariana Kołodzieja podziałała na mnie równie mocno, co zwiedzanie obozu Auschwitz-Birkenau. To wstrząsające świadectwo ujęte w piękną formę rysunków jest nie tyle zapisem obozowych przeżyć, co formą ich odreagowania, ujarzmienia ,nadania im metafizycznego znaczenia. Do dziś mam w pamięci pchających wspólnie jedną taczkę wychudzonych więźniów: Leona Schillera i Stefana Jaracza – wielkich twórców powojennego teatru. Przed trafieniem do obozu się nie znosili. Po obozie obiecali sobie wzajemną pomoc i przyjaźń. Wystawa to synteza przeżyć obozu o apokaliptycznym wymiarze.

PS.

Wypowiedzi rozproszone Mariana Kołodzieja pochodzą z rozmów z Autorem oraz filmów dokumentalnych „Kołodziej” w reżyserii Anny Marii Mydlarskiej i Jacka Mydlarskiego i „Między piekłem a niebem” Stanisława Markowskiego.